Hanna Krall, fot. Juliusz Sokołowski

Życie jest cudowne

  • 3 czerwca 2015
  • 4 komentarze

Rozmowa z Hanną Krall dla polskiej edycji magazynu „Marie Claire”, styczeń 200o r.

Co u pani słychać? Podobno zwykle tak zaczyna pani rozmowę. Ludzie się na to otwierają?
Hanna Krall: – Nie od razu. Oni też mnie pytają: czy mam dzieci, co robi mąż. Są ciekawi, kim jestem. Nie jestem taka jak oni. Moja niezwyczajność polega na tym, że oni żyją jednym, swoim życiem, a ja żyję życiem bardzo wielu ludzi, moich bohaterów. To ogromna różnica.
Gdzie pani chodziła do szkoły?
W Otwocku. W liceum miałam świetnego dyrektora i polonistę, Tadeusza Parlawskiego. Wszyscy się go bali, ale nie ja, bo pisałam dobre wypracowania. Maturę zdałam mając 16 lat.
Kiedy zakochała się pani pierwszy raz?
Zastrzelę panią: miałam 9 lat, więc to nie była miłość, raczej zauroczenie, a spodobał mi się jeniec niemiecki. Jeńcy pracowali przy budowie, my, dzieci, przyglądałyśmy się. Byli smutni i zmęczeni. Wśród nich był chłopiec, który ogromnie mi się podobał. Blondyn z niebieskimi oczami, bo tylko tacy wchodzili w grę – wysoki i śliczny. Próbowałam wsiąść na rower, ale nie dosięgałam siodełka. Ten jeniec widział moje wysiłki, przybiegł i woził mnie na ramie. To było cudowne.
Mówił coś do pani?
Może i mówił, ale po niemiecku. Woził mnie po alejkach w parku i wszyscy mi zazdrościli. A potem przyszła nauczycielka i wysyczała: „Jak możżżesszsz! Przecież to faszszysssta!”. On słowo faszysta zrozumiał, pokornie zszedł z roweru, a ja potwonie się zawstydziłam.
Zauważył, że się pani zakochała?
Nie sądzę, wszystko trwało może 10 minut! Krótka była ta moja miłość pierwsza! (śmiech) Mimo to pamiętam o do dzisiaj. Świetnie jeździł na tym rowerze, też pewnie pierwszy raz od przedwojny.
Jaką była pani nastolatką?
Byłam grubą, niską dziewczynką w okularach i rozmaite piękności lubiły się ze mną przyjaźnić. To trwało do studiów.

Jabłka Brandysa

Kilku panów mówiło mi, że to pani była pięknością.
Nie. Byłam przygrubą prymuską w okularach, damą dworu tej najładniejszej na roku. Zawsze są takie dziewczyny, które nawet w najgorszych czasach nie wiadomo skąd mają jakiś ciuch, wyglądają, pachną, bywają. Stąd przyjaźń ze mną – a raczej z moimi sumiennymi notatkami. Wyładniałam dopiero z końcem studiów.
A kiedy pani zaczęła bywać?
Do „Kameralnej”, pierwszy raz w życiu, zabrał mnie kolega-reporter, Andrzej Mularczyk, który jak wiele innych osób uczył się z moich notatek – i zdał świetnie. Ja nie oblałam. Pomyliłam prasę białych z prasą czerwonych w powstaniu styczniowym. To tak rozzłościło profesora, że najpierw wyleciał na korytarz mój indeks, po nim ja. Wszyscy, którzy czekali na egzamin, natychmiast uciekli. Zalewałam się łzami, sprawa była poważna: ostatni egzamin przed magisterium. Wieczorem Andrzej zaprosił mnie na kolację. Pamiętam, że pierwszy raz w życiu jadłam pieczarki na maśle.
Nie był błękitnookim blondynem, skoro dziś wspomina pani pieczarki…
Mimo to był naprawdę fajny.
W jaki sposób poznała pani męża? Sądząc ze zdjęć, Jerzy Szperkowicz był młodzieńcem bardzo przystojnym.
Był wysokim blondynem z niebieskimi oczami, rzeczywiście. Studiowaliśmy razem. „Życie Warszawy” wysłało mnie na Targi do Poznania. Był 1956 rok, wróciłam i z werwą opowiadałam w redakcji, jak naprawdę wyglądały tak zwane „wydarzenia poznańskie”. „No dobrze” – przerwał ktoś; „Mówisz cały czas o tych wywrotowcach – a jak zachowywała się świadoma część klasy robotniczej?”. Mówiłam przez cały boży dzień, bo jedni wchodzili, inny wychodzili. A następnego dnia rano zapukał do moich drzwi kolega Jurek Szperkowicz i poprosił, żebym wszystko opowiedziała jeszcze raz, jemu jednemu. To był początek.
Opowiada mu pani różne rzeczy przeszło 40 lat… to rzadkie.
Prawda? Udało nam się zachować wzajemną życzliwość przez tyle lat.
Zaczęła pani pracę jako 18-latka; w „Życiu Warszawy”?
Ja maturę zdałam jako 16-latka. Pisałam dla „Życia…” krótkie, nudne informacje podczas praktyk studenckich. Reportaż po raz pierwszy napisałam na seminarium, które prowadził Marian Brandys. Był bardzo kunsztowny, fikuśny. Brandys wtedy leżał w szpitalu. Przysłał nam teksty ze swoimi uwagami. O moim były miażdżące… Poszłam więc do szpitala: miałam 19 lat, miałam rację, musiałam mu to powiedzieć! Właśnie przyszła do niego żona, Halina Mikołajska. Wyjmowała pięknymi rękami nieładne jabłka z ohydnej szarej torebki, a ja niecierpliwie czekałam, kiedy wreszcie pójdzie – żebym mogła o czymś poważnym porozmawiać. Pójść do profesora do szpitala, sprzeczać się o tekst – mnie samej to się nie mieści dzisiaj w głowie!
Pani się kłóciła z profesorem?…
Nie, skąd. On bardzo grzecznie tłumaczył, że trzeba pisać znacznie prościej. A ja też bardzo grzecznie mówiłam, że gdy pisze się prosto, jest to śmiertelnie nudne i nikt tego nie przeczyta.
Jednak w końcu to on przekonał panią.
Tak, 30 lat później… Pracując w „Polityce”, wciąż bardzo dbałam o formę i na pewno nie pisałam ascetycznie. Zmieniłam styl, gdy zaczęłam pisać żydowsko-polsko-niemieckie historie zaczepione o wojnę – bo one wołały o prostotę.

Dziewczyna i chłopiec

Zapytam jak Krzysztof Kieślowski: „dlaczego ciagle pisze pani o Ż”. Od 22 lat, jeśli liczyć od „Zdążyć przed panem Bogiem”, książki o Marku Edelmanie, przywódcy powstania w getcie warszawskim. Dlaczego?
Od „Listów do cadyka” w latach 80. Dlaczego o Ż? Bo to jest o L. O ludziach. Te historie mają w sobie moc uogólnienia, dotyczą samej istoty ludzkiej. Prawda jest taka, że poplątane historie żydowsko-niemiecko-polskie są tak fascynujące, że nie chce się już pisać nic innego. Mnie się długo wydawało, że wszystkie inne tematy, to głupoty.
I tak się zaczął „Holokaust, wielki temat Hanny Krall”?
Było inaczej. Czytałam „Opowieści chasydów” Martina Bubera i znalazłam w nich poczet cadyków polskich: powtarzały się w nim nazwy Kozienice, Przysucha, Warka, Międzybórz, Międzyrzec. Zdumiało mnie, że wszystko, o czym pisze Buber, działo się u nas. Pojechałam do Przysuchy, potem do Warki. Powstał tekst „Listy do cadyka”. Żydzi zaprowadzili mnie do II wojny światowej, a ona narzuciła prostotę stylu – wręcz, rygor.
Podobno jest pani bardzo przesądna. Nadal pojawiają się wokół pani motyle, zwiastując złe wiadomosci?
Motyle? Już nie. Czasami miewam sny, w których jest niepokój. Wtedy się trochę boję. Nie jestem przesądna, ale wiem, że nie wolno za bardzo chcieć. Trzeba udawać, że się tak średnio chce, wtedy się uda… ja często chcę za bardzo i wszystko psuję, a dostaję rzeczy, o które wcale nie zabiegam.
Czego można chcieć za bardzo?
Wszystkiego. Talentu, miłości.
Pani dostała talent, wygląda pani świetnie, właśnie teraz odnosi pani na świecie największe sukcesy… czego pani brak?
Wczoraj podpisałam umowę z wydawnictwem Gallimard, najbardziej snobistycznym, jakie istnieje. Oni wydali Camus’a!
Jakie to uczucie: kupić za granicą pismo z własną twarzą na pierwszej stronie, z ogromnym wywiadem w środku?
To było w Londynie na wakacjach z wnukiem, kupiliśmy na dworcu „Die Zeit”. W środku lista bestsellerów, zaglądam – „Tam już nie ma żadnej rzeki” na drugim miejscu. To jest fantastyczne, nie? Nawet na moim wnuku zrobiło to wrażenie. Kupiliśmy z Jurkiem butelkę szampana, wałówkę, zaprosiliśmy kuzynów do Kensington Gardens i oblewaliśmy to wydarzenie.
Na spotkania przychodzą tłumy, pani wykładu o reportażu niedawno słuchano na stojąco. Cieszy to panią?
Ależ, mnie to uszczęśliwia! Pani, która spotkanie prowadziła, stała przez cały czas na jednej nodze, bo wszędzie siedziały młode dziewczyny. Spotkania z młodzieżą są świetne i jeśli już mówić o sukcesie – to jest mój sukces. A nagrody, wywiady, cały ten blichtr – to jest miłe, ale nie jest ważne. Ważne, gdy w bibliotece w Jastrzębiu podchodzi dziewczyna, żeby uścisnąć mi rękę i jest naprawdę poruszona. Po każdym spotkaniu podchodzi taka dziewczyna, wrażliwa i bystra, ja dla niej piszę. Zwykle towarzyszy jej przystojny, milczący chłopiec.

Rabin z Piaseczna, cadyk z Czarnobyla

Dwa lata temu zauważyła pani, że na spotkania przychodzą coraz młodsi czytelnicy. Dlaczego?
W Polsce przychodzi niemal wyłącznie młodzież, może dlatego, że „Zdążyć przed panem Bogiem” jest lekturą szkolną. Ale w Niemczech, Austrii, Szwajcarii też przychodzą ludzie bardzo młodzi.
O co pytają młodzi Polacy, a o co Niemcy?
Nie ma różnic. Tyle, że młodzi Niemcy mają dodatkową sprawę ze swoimi dziadkami: oni im nigdy nie opowiedzieli o wojnie. Chcą się teraz dowiedzieć ode mnie. Młodzież lubi wiedzieć „jak było naprawdę” i Polacy nie różnią się w tym od Niemców.
Uznają panią za bezstronnego świadka?
Inaczej by nie przychodzli. Pytania są takie same. W Warszawie i w Berlinie słyszę: czy był Bóg w Oświęcimiu? Ja nei wiem, czy był, ale Kalonimus Szapiro, rabin z Piaseczna, mówi, że Bóg cierpi bardziej niż ktokolwiek z nas. Bo człowiek cierpi swoim pojedynczym cierpieniem, a Bóg odczuwa ból wszystkich ludzi. Przytoczyłam tę przypowieść, żeby móc powiedzieć: „Był rabin z Piaseczna”. Na spotkaniu z młodzieżą Zosia Kucówna czytała moją ulubioną przypowieść o Mesjaszu, który spotyka się z cadykiem z Czarnobyla i słyszy, że nie może przyjść do ludzi, ponieważ nikt na niego nie czeka. Na twarzach słuchaczy widziałam całkowitą obojętność. Zapytałam, czy ktoś zna słowa chasydyzm, cadyk?
Nikt ich nie znał?
Poczułam tak straszny smutek! To okropne, że się tego nie uczy w szkole. Przecież to w Polsce powstał kierunek, którym do dziś w Ameryce, Izraelu, Kanadzie karmią się duchowo całe pokolenia ludzi! O Żydach w Polsce powinna uczyć szkoła, tak samo jak uczy o Królestwie Polskim. To nasza histoia.
Krytyk Michał Cichy twierdzi, że spisuje pani dalszy ciąg Nowego Testamentu. Czy to, co ostatnio pani pisze – to jeszcze są reportaże?
Tak. Reportaż jest relacją o tym, co się naprawdę zdarzyło, a wszystko o czym piszę zdarzyło się naprawdę.
„Mirabelka próbowała odejść. Pochyliła się i wyciągnęła przed siebie gałęzie. Gotowa do podróży, wysunęła korzenie z ziemi. Nowi mieszkańcy otoczyli drzewo stalową obręczą i zatrzymali w pół ruchu”… Tak brzmi fragment „Tam nie ma juz żadnej rzeki”. To jest reportaż?
Mirabelka naprawdę rosła pochylona do przodu i naprawdę wyglądała, jakby szykowała się do odejścia. Tak, to jest reportaż.
Jest pani kobietą, ma rodzinę, pisze. Czy warto być z kimś, czy lepiej byłoby samotnie skupić się na pracy?
Dom jest ważny. Wchodzę w świat inych ludzi, ale w końcu trzeba wrócić do siebie. Ja mam dom, do którego z przyjemnością wracam. Kiedyś wracałam i jeszcze robiłam obiad. Nigdy nie czułam się tym pokrzywdzona, starałam się, żeby obiad był jak najlepszy i żebyśmy razem do niego usiedli.
Jaki ma pani kontakt z córką, która od lat mieszka w Kanadzie?
Myślę, że dobry. Kiedy była nastolatką, bardzo niepokoiłam się o nią, więc wyjeżdżając na wakacje litowała się i często dzwoniła. Nadal często dzwoni, jesteśmy zaprzyjaźnione.
Jaki jest stosunek wnuka Michała do faktu, że ma sławną babcię?
Żaden. Druga jego babcią jest przecież Barbara Krafftówna. Czasami sprawdza, czy tłumaczenia moich tekstów dobrze brzmią po agielsku. Czasem powie: „Ciekawe, takie amerykańskie”. To najwyższa pochwała.
Dumni są z pani? Czy Katarzyna była dumna, że jest córką Hanny Krall?
Ona wiedziała, że moja praca to ciężka harówa. Widziała jak jeżdżę, wracam, piszę i histeryzuję, mówię, że nie umiem, że to ostatnia rzecz jaką napisałam. Katarzyna interesuje się komputerami, pławienie się w blasku jest jej obce, jak mnie. Zawsze miałam poczucie służebności. Myślałam, że jestem po to, żeby zapisać. Blask sławy rzeczywiście istnieje, ale dotyczy aktorek, i służy temu, żeby przyciagnąć publiczność. Publiczność lubi być zabawiana. Ja nie jestem po to, żeby zabawiać. Wszyscy dbają, żeby było weselej – ja jestem od tego, żeby od czasu do czasu było smutno.
Podobno czytywała pani córce przed drukiem swoje teksty?
Nieprawda. Mąż ich musiał słuchać, taki już smutny los męża. Można to robić tylko z kimś, do kogo się ma bezgraniczne zaufanie, bo czytając człowiek się obnaża. Trzy inne osoby nie miały obowiązku słuchać moich tekstów, ale słuchały: Marysia Leszczyńska, Krzysztof Kieślowski i Irena Szymańska. Tak się stało, że wszyscy odeszli, i to w ciągu dwóch lat. Nikomu już teraz nie czytam. Brakuje mi tamtych kontaktów ogromnie. To byli moi najbliżsi pzyjaciele.

Pyskata, z udawanymi kompleksami

Nadal uważa pani, że tylko wojenne historie są ważne?
Już nie. W tej teczce jest ponad 100 listów od Marysi L., nauczycielki ze Śląska. Kiedyś pisała na zamówienie prace magisterskie: o Konopnickiej, o wielkich piecach albo o powstaniach śląskich. Napisałam o niej reportaż „Katar sienny”. Marysia wyjechała do Ameryki, urodziła dwoje dzieci. Chłopiec jest autystyczny. W listach opowiada, jaka ją rozpacz ogarnia, kiedy on ma ataki agresji, i jaka jest szczęśliwa, kiedy syn patrzy w słońce i potrafi je nazwać.
Napisze pani o niej?
Tak, oczywiście! Tylko na razie nie umiem, nie wiem, jak.
Nie wie pani?… Sądziłam, że po zebraniu materiału pani siada i równym pismem spisuje te swoje perełki…
Nie. Zapisuję kulfonami półtorej strony jednego dnia, a następnego budzę się i widzę, że to do niczego.Po trzech dniach zostaje strona. Po tygodniu mam trzy linijki, które już od biedy moga być.
Jakim cudem udało się pani tym systemem napisać 10 książek?
Jestem bardzo pracowita, proszę pani. Naprawdę. Pomiętych kartek produkuje coraz więcej, bo każda nowa ksiązka jest bardziej skondensowana od poprzedniej. Nie liczyłam, ale myślę, że w każdej następnej jest mniej słów.
Pani już nie pisze. Pani telegrafuje.
Tak.
I pomyśleć, że wydała pani kiedyś „Sześć odcieni bieli” – zbiór reportaży tylko o miłości. Była pani zakochana?
Nie, ale rok wcześniej miało wyjść „Szczęście Marianny Głaz”, książka nie o miłości, tylko o życiu. Cieszyłam się i zaprosiłam gości, żeby to uczcić. Zrobiłam dwie pizze: z pieczarkami i szynką. Pierwsza wyszła zupełnie spalona, druga surowa. Powiedziałam: „Słuchajcie, ta książka się nie ukaże”…
No skąd, nie jest pani wcale przesądna…
To było oczywiste. Gotowy skład przetopiono, cenzura uznała, że reportaże są „deprymujące”. Byłam strasznie przygnebiona, dlatego do następnej ksiązki wybrałam coś niewinnego – historie o miłości. Okazuje się, że wielu ludzi tę książkę pamięta. Spotkałam kobietę, która chodziła z nią na naświetlania, bo ją rozweselała.
W jaki sposób dorobiła się pani opinii „osoby pyskatej i z udawanymi kompleksami” na okładce „Sześciu odcieni bieli”?
Chciałam, żeby tam się znalazło coś przewrotnego i śmiesznego. Nie byłam pyskata, tylko broniłam moich tekstów. Wolę zresztą uchodzić za osobę która ma udawane kompleksy niż prawdziwe!
Była moda na udawanie jakichś określonych kompleksów w „Polityce”?
Redakcja była jak najdalsza od kompleksów, koledzy wyprzedzali swój czas i gdy panował siermiężny model życia, oni byli playboyami, jeździli za granicę, dobrze się ubierali, mieli piękne dziewczynyi pili drogie alkohole. Redaktor naczelny Mieczysław Rakowski pokazywał nam swoje zdjęcia znad rzeki Kennedy. Taki był styl.
Panią jednak wysłano nie do Ameryki, tylko do Moskwy?
Rakowski nie napisał nic interesującego o Ameryce, a ja przywiozłam z Moskwy książkę. Tam się ciekawie żyło, w tej Rosji. Borysa Spasskiego, szachowego mistrza, poprosiłam, żeby mi wytłumaczył, dlaczego miliony ludzi zajmują się u nich szachami? Powiedział, że w szachach jest wolność. W reportażu o polskiej wsi na Syberii pisałam, że w 1937 r. połowę wsi zlikwidowano, a dzieciom, które zostały same, ludzie bali się pomóc, bo to byli wrogowie ludu. Jakimś cudem wszystko to wyszło drukiem.
Ale nigdzie już pani nigdzie na dłużej nie wysłano?
Chciałam jeździć po Polsce. Urodziła się Kasia. Bardzo lubiłam jazdę pociagiem, potem pekaesem, dojezdżanie ciągnikiem, dochodzenie piechotą. Gdzieś się docierało, dawali kawę-plujkę i winiak. Siedzeliśmy sobie, popijali, gadali – lubiłam to. Lubiłam wracać do domu i nadawać temu jakąś formę. Z czasem jednak zrobiło się tak, że przyjeżdżałam i myślałam: już tu byłam. Ludzie tak samo mówili, to samo myśleli, mieli te same meble i bobeloty, małe fiaty odkurzane ściereczką. To było nie do wytrzymania.

Mamo, idź już…

I wtedy poznała pani Marka Edelmana.
W tym naprawdę był palec Opatrzności. W 1976 roku ukazał się pierwszy fragment „Zdążyć przed Panem Bogiem”, w 1977 wyszła książka.
Życie się odmieniło: popularna dziennikarka z dnia na dzień stała się sławną pisarką. Czuła się pani szczęśliwa?
Byłam zdumiona. Posypały sie recenzje, i to jakie! Najpoważniejsi ludzie pisali o mnie. Pierwszy raz mi się to zdarzyło. Czułam się przytłoczona, miałam wątpliwości, czy ja to na pewno dobrze napisałam?Dziś wiem, że można było lepiej. W ciagu 22 lat ksiązka miała 25 wydań, razem z podziemnymi, bo ukazała się też w stanie wojennym. Przetłumaczono ją na 13 języków.
Nikt tak o wojnie nie pisał. Książka była bardzo nowatorska.
Edelman był zły, że z naszych rozmów wyszła nieduża książeczka. Nie umiał nazwać tego, co mu przeszkadza – a chodziło o stopień zagęszczenia tekstu. Ale on mówił w taki sposób, że ja go chciałam słuchać, a ja napisałam tak, żeby publiczność chciała czytać.
Rozpłakała się pani podczas rozmowy z Markiem Edelmanem. Co takiego powiedział?
Tylko raz płakałam. Dziewczyna, która na Umschlagplatz dostała numerek na życie, mówiła do swojej matki, która numerka nie miała: „Mamo, idź już, no idź już…”. Edelman powiedział z niesmakiem: „Proszę pani! Myślałem, że jest pani dorosła”.
Odtąd „Hanna Krall przekrada się z aryjskiej strony na TAMTE ulice, zapisując wszystko na karteluszkach”. To jakiś absurd: uratowała się pani przed gettem, aby po latach zapakować się do niego dobrowolnie?
Ja przekradam się nie do getta, tylko na przedwojenne ulice. Z Dorką, która w obozie recytowała dopływy Wisły, bardzo krótko byłam w Oświecimiu, znacznie dłużej przebywałyśmy w Ogrodzie Krasińskich, gdzie piękne panie czytały poezję, unosząc woalki. W każdej z moich historii wolę być z ludźmi w ich życiu, nie w umieraniu. Ja tego umierania w ogóle nie chcę brać na siebie, nie mam dość sił.
Często musi pani wyłączać własne współczucie? Matka z dziewczynką prosiła o chleb, pani „stanęła przy dziecku” – i nie mogła pisać.
Mówiła: „Mamo, nie płacz”. To był drugi raz w moim życiu, kiedy się popłakałam. Opowiadały o nich dobre, wiejskie kobiety, w tekście cieszą się, że Tomek Blatt ocalał i jest wśród nich. Były miłe, tylko wzięły od matki dziewczynki obrączki – „na pamiątkę”.
Pani ich nie osądza. Tak jak kobiety, która ukrywała dwójkę dzieci, aż kiedyś je wysłała, żeby sobie znalazły innych „dobrych ludzi”. Pani ją tylko pyta: „Więc to nie był grzech?”.
Nie czułam potępienia ani zgorszenia. Mój organizm takich uczuć nie wytwarza. Było mi tylko przykro i smutno. To była bardzo szanowana nauczycielka. Dzieci wyszły, skręciły w lewo do cmentarza, potem usłyszano strzały.
Zarzucano pani jednak, że swoich bohaterów pani nie lubi.
Gdybym nie lubiła, nie pisałabym o nich. Jak można przestawać z kimś kogo się nie lubi? Tylko jednej bohaterki nie udało mi się polubić, oszustki, która sfałszowała list matki pisany przed laty do Jezusa. „Ty wiesz, Panie Jezu, że chowam Twoje i moje dziecko żydowskie…”. Zaczęłam spisywać ten list i poczułam, że coś jest nie tak. Zaniosłam go na policję, do laboratorium. Analityk uznał, że oszustwo „widać na odległość”, radził jeszcze pojechać do Łodzi, do wytwórni papieru. Papier okazał się współczesny. Nie lubiłam tej kobiety, ale ogromnie jej współczułam.
Dawniej pytała pani o wszystko, dziś „niektórych pytań już bym nie zadała”. Czy Izolda R., zgwałcona przez policjanta, nie miała żalu, gdy jej historia ukazała się w książce?
Przecież po to mi ją opowiedziała, żeby została zapisana. Jeżeli coś jest nie do pisania, ja tego nie piszę.
Z innego reportażu dowiadujemy się, gdzie pracuje Małgorzata B., że jest byłą alkoholiczką i że duch jej byłego męża wcielił się w jej psa. Nie miała potem przykrości?
Ten tekst jej przysporzył bardzo wielu przyjaciół, przecież tam jest bardzo pozytywnie o niej. W moich książkach dużo jest wspaniałych kobiet, chyba więcej niż wspaniałych mężczyzn.
Marek Edelman twierdzi, że nigdy nie przeczytał „Zdążyć przed Panem Bogiem”…
Jeżeli doktor Edelman twierdzi, że nigdy nie przeczytał, to znaczy, że nie przeczytał… ale zawsze mówi, że odpowiada za każde słowo, które tam jest. To jeden z moich najbliższych przyjaciół.

Oczy diabła

W latach 80. miała pani swój stały felieton w „Wiadomościach Wędkarskich”, pt. „Smutek ryb”. Zna się pani na rybach?
Rozmawiałam z profesorem Samsonowiczem o rybach w Średniowieczu, z historykiem religii o rybie jako motywie chrześcijaństwa, profesor Szacki mówił o rybach w historii myśli społecznej, historyk sztuki Agnieszka Morawińska o rybach w malarstwie polskim. Teksty były niezłe i były o rybach. Z Putramentem wyszła bardzo fajna rozmowa, powiedział: „Oczy węgorza to są oczy diabła”.
Nie napisała pani dotąd o swoim dzieciństwie, ponieważ „nie znalazła na nie formy”. Trafiłam na krótki tekst z lat 60., z którego wynika, że w ratowanie pani życia zaangażowało się 45 osób. Nie myślała pani, żeby ich opisać?
Ależ oni dawno umarli. Jedna z tych osób to mój cierń, mogłam do niej pojechać, kiedy jeszcze żyła.
Myślałam, że podczas wojny ukrywano panią w jednym, dwóch zaprzyjaźnionych domach. Z tego tekstu wynika, że to była ciągła tułaczka.
Tak. Ale dzięki temu mogę słuchać kobiety, która kazała dzieciom szukać innych dobrych ludzi, i nie oburzać się. Mogę słuchać tej, która wzięła na pamiątke obrączki od dziewcznki i jej matki. Rozumiem, czym jest strach. Rozumiem, czym jest odwaga. Nie można wymagać od ludzi za dużo, bo kiedy nie potrafią sprostać wymaganiom, stają się źli. Przede wszystkim trzeba ludzi rozumieć i jeśli się da, to im współczuć.Tyle się napatrzyłam na ludzki strach i ludzką odwagę, że to upoważniło mnie do pisania o tym.
Strasznie mądra musiała pani wyjść z tej szafy.
Szafa nie ma tu nic do rzeczy. Dzieci wychodzą z wojny strasznie mądre: polskie, żydowskie, niemieckie. Jestem pewna, że każde dziecko w Kosowie i w Czeczenii jest dziś bardzo mądre.
Kiedy myślę, że nie warto zamować się reportażem, skoro się nie jest Hanną Krall – dociera do mnie, że trzeba by przeżyć to, co przeżyła pani. To ja dziękuję…
A ja bym na nic nie zamieniłamojego dzieciństwa, chciałabym mieć takie samo jeszcze raz. Przygotwało mnie na całą resztę życia, dzięki temu coś rozumiem z tego świata. Byłabym nieporównanie głupsza, gdybym tego wszystkiego nie przeżyła.
Straciła pani pracę w „Polityce”, w zespole filmowym Tor, „Kobiecie i Życiu”, w „Wiadomościach Wędkarskich” także. Mimo to nie ma w niczym, co pani pisze, martyrologii stanu wojennego.
Broń panie Boże! Mam piękną „kartę okupacyjną”, bo przez nasze mieszkanie przewijali się opozycjoniści, między innymi Zbyszek Bujak i Witold Kulerski. Strasznie ich lubiłam.
Bujak w „Oknach”, jako ukrywający się robotnik, mówi coś co dziś brzmi proroczo: „Każdy ma swoje 5 minut, ale gdy one miną, następcy ptają „Czemu żeście tak łatwo przepieprzyli to, co mieliście?”.
„Okna” powstały pod wpływem tragedii Basi Sadowskiej. Poznałam Baśkę, gdy była uczennicą. Drugi raz zobaczyłyśmy się w stanie wojennym, na jakimś nielegalnym spotkaniu. Było strasznie gorąco i za mną otworzyli okno. Pomyslałam, że wyjdę stamtąd z zapaleniem płuc, gdy ktoś zarzucił mi na plecy sweter: to była Baśka. Kiedy milicjanci zabili jej syna, przez mieszkanie Barbary Sadowskiej przelewały się tłumy: delegacje górników, matek-Polek, działaczy „Solidarności”. A ona tam siedziała ze zlepionymi, brudnymi włosami i ręką na temblaku. Powiedzałam: „Basia, trzeba by włosy umyć, ja ci umyję”. Poszłyśmy do łazienki, a tam stał wciśnięty za pralkę wielki wór z czarnymi rzeczami. Zaczęła nakładać czarne kapelusze, które przysyłali jej ludzie z całej Polski – wyć ze śmiechu: „Słuchaj, jakby mnie teraz Grzesiek zobaczył!”. Chichotałyśmy, po kryjomu przed delegacją kobiet, Baśka pokazała na drzwi i mówi: „One myślą, że będę Rollisonową. Niedoczekanie!”.
Tylko rok kierowała pani działem reportażu: 10 lat temu, w „Gazecie Wyborczej”. Pani doświadczenie zwodowe okazało się nieprzekazywalne?
Na odwrót – uczyłam ludzi, którzy mieli po 20 lat, niewiele umieli: Mariusza Szczygła, Wojtka Tochmana, Grzegorza Górskiego, Wojtka Góreckiego, Irenę Morawską. Z tekstu na tekst pisali coraz lepiej. Mieli ciekawość i słuch, najważniejsze cechy reprtera. Dziś są naprawdę świetnymi reporterami i moimi przyjaciółmi, mam nadzieję. Jak przyjdzie czas – z pewnością przeprowadzą mnie przez ulicę.
Pani ma szczęście! Myje pani głowę Barbarze Sadowskiej, a los od razu wynagradza panią worem czarnych kapeluszy. Gotuje pani zupę dla mnicha buddyjskiego, który ma nogę w gipsie, a on opowiada, jak wypędza dybuka…
Dlatego życie jest cudowne. Byłam w łazience Basi Sadowskiej, byłam u nicha buddyjskiego w Bostonie. Nie ma nic piękniejszego niż zawód reportera, prawda?!

Rozmawiała: Aldona Krajewska
Wywiad ukazał się w polskiej edycji magazynu Marie Claire; wydanie noworoczne 01/2000
Zdjęcie: skan fotografii z egzemplarza MC. Fot. Juliusz Sokołowski, stylizacja: Barbara Zatorski, makijaż: Anna Męczyńska.

Okładka Marie Claire 01/2000 – nowy numer na nowe Tysiąclecie!

„Na wschód od Arbatu”. Najnowsze wydanie zbioru reportaży Hanny Krall, wyd. Dowody na istnienie 2014.

„Sześć odcieni bieli i inne historie”. Najnowsze, rozszerzone wydanie zbiou reportaży Hanny Krall, wyd. Dowody na istnienie 2015

Fragmenty wywiadu „Życie jest cudowne” wykorzystał wrocławski dziennikarz, Jacek Antczak, w swojej książce o Hannie Krall „Reporterka”. Właśnie ukazało się jej nowe, rozszerzone wydanie.

HannaKrall_006

Hanna Krall i Mariusz Szczygieł w studio TVN opowiadają o nowym wydaniu „Na wschód od Arbatu”; 2014. Fot. materiały prasowe TVN.

4 komentarze

  • Gosia napisał(a):

    Uwielbiałam MC. Kupowałam ją często, bo miałam szczęście go konkursów „kto pierwszy ten lepszy”. Nie wiem jak to robiłam, ale zawsze wysyłałam szybciej kartkę z kuponem niż „ludzie ze stolicy, co to na miejscu byli”

    Czytałam ten wywiad w 2000 roku. Zupełnie inaczej go zrozumiałam, na inne rzeczy zwracałam uwagę. Oczywiście wywarł na mnie ogromne wrażenie. Teraz i dziś.
    Te parę lat temu, muszę przyznać, wpędził mnie w zdołowanie. Pomyślałam, jaka Ona jest interesująca…nie to co ja, zwykła, bez pasji, hobby…Zazdrościłam Hannie Krall.
    Teraz oczywiście też zazdroszczę hahaha ale i podziwiam. To już innego rodzaju uczucia, bardziej dojrzałe, głębsze.

    Książki Hanny Krall zawsze zapadają mi głęboko w pamięć i serce.

    • Aldona Wiśniewska napisał(a):

      …Czyli, spotkałyśmy się „w czytaniu” już 15 lat temu. Ale fajnie! Też zazdrościłam Hannie Kral. Która dziennikarka, reporterka, nie zazdrościła?! Ale żeby być Nią – trzeba by przeżyć to samo co Ona. Ona niczego nie żałuje. Ja – wtedy i dziś – mówię: „Eeee, nieee, to ja jednak dziękuję bardzo…”

      • Gosia napisał(a):

        Pracowałam wtedy jako inspektor. MC była dla mnie odskocznią od…nudnej pracy biurowej, przedłużeniem radości, gdy trafił mi się dzień „na polach”. Niestety, jakiś czas temu wyrzuciłam prawie wszystkie numery. Te, które mam, nie mają Aldony Wiśniewskiej…Szkoda.

        Hannie Krall trzeba zazdrościć pięknego umysłu. Przeżyć…oczywiście, że nie.

        • Aldona Wiśniewska napisał(a):

          To było naprawdę dobre pismo, Katarzyna Nazarewcz, Anna Zaleska i inni robili tam świetną robotę. W MC oyginalnym zawsze były dobre reportaże, wywiady, poruszano trudne sprawy społeczne, pokazywano kontrowersyjne wydarzenia na świecie, tematem były kobiety z całego świata i nie zajmowano się głównie modą i kosmetykami. Naczelna edycji polskiej była dobrą, doświadczoną reporterką, miała oryginalne pomysły, sama doskonale pisała i to miało wpływ na całość pisma. Nie wiedziała, że zapadła decyzja o zamknięciu tytułu: tydzień przed jej ogłoszeniem przyjęła do pracy 3 nowe osoby, w tym mnie. Młodziutka asystentka, dla której to była pierwsza w życiu praca, popłakała się… Byłam SR-em jako Aldona Wiśniewska, ale teksty podpisywałam nazwiskiem panieńskim: Aldona Krajewska. Ostatni z nich, o kobietach-wolontariuszkach fundacji ITAKA oraz o zaginionych kobietach, ukazał się już gdzie indziej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *