Wyszłam za mąż… i jestem w pułapce!

  • 12 listopada 2014
  • 4 komentarze

Małżeństwo pod presją. Niemożliwe, w XXI wieku? A jednak! Spróbujcie być singielką po 30-tce, w małym mieście, jak ja. Rodzina i znajomi nie dawali mi żyć! Teraz jestem nieszczęśliwa, a uciec nie ma jak…

W liceum uchodziłam za artystkę, lekko szaloną, inną! Pisałam wiersze, grałam na pianinie, tańczyłam. Chciałam góry przenosić, miałam tysiąc pomysłow! Byłam znana z tego, że potrafię ubrać się za pięć groszy i umiem doradzić innym. Marzyłam, że zostanę KIMŚ w świecie mody: będę w centrum modowego życia, doceniana, szczęśliwa. Ale skończyłam dwuletnie studium administracji, zgodnie z oczekiwaniami rodziny. Mama i tata zawsze chcą dla dziecka najlepiej! Wierzyłam w to, może zbyt bezkrytycznie. Wyjechałam do Warszawy, znalazłam pracę – w dobrym sklepie z markowymi ubraniami. Poszłam na studia. Chodziłam na imprezy i dobrze się bawiłam. Rodzina jednak nie akceptowała mojej samodzielności. Babcia, mama, ojciec – wszyscy naciskali, żebym wróciła i ułożyła sobie życie… „Masz 20 lat, Agnieszko, już ci tych szkół wystarczy!”. Wróć do nas i ŻYJ! A życie według nich – to rodzina, mąż, dom, dziecko, dorabianie się… Boże, jak mi smutno, gdy o tym myślę. Po dwóch latach wróciłam.

malzenstwoagnieszki_02

Nie umiem powiedzieć: NIE

Pracowałam potem trochę, dorywczo. Na bazarze, w sklepie. Umowy „śmieciowe”, 3,5 zł na godzinę, u nas ta jest. Dlatego gdy nadarzyła się okazja, żeby wyjechać do Irlandii, pojechałam. Mnóstwo ludzi z naszego miasta wyjeżdża za pracą. Bezrobocie sięga 25 procent, mało kto wraca. Jeszcze nie byliśmy w Unii, musiałam wykupić wycieczkę. To był taki czas, że z powrotem autokarem wracała tylko przewodniczka. Zostałam za granicą na 5 lat. Wszystko sobie sama na miejscu załatwiłam. Zafascynowała mnie wolność. Irlandia to kraj, w którym mogłabym mieszkać! Tam rodzina nikogo do niczego nie zmusza. Młodzi kończą szkołę i w wieku 17 lat sami wyprowadzają się z domu, pracują albo studiują – nie mają nawet zbyt bliskich kontaktów z rodzicami. Ja się tam czułam wolna. Dostałam pracę w odzieżowej sieciówce i to był dla mnie raj. Jako jedyna Polka. Nie znałam jeszcze dobrze nawet nazw ubrań – ale mnie przyjęli! Pojawili się znajomi, ludzie z całego świata. Zaczęłam jeździć i zwiedzać, bo wreszcie miałam własne pieniądze. Zawsze kochałam ciuchy, a firma prenumerowała dla nas wszelkie możliwe pisma o modzie. Wołano mnie, kiedy przychodziła klientka i pytała: „Widziałam w gazecie taką niebieską bluzkę… macie ją może?” – i ja tę bluzkę znajdowałam. Szybko awansowałam: wyjeżdżałam na szkolenia do Dublina, Londynu i innych miast. Odwiedzili mnie rodzice… i znowu się zaczęło: co to za życie, dlaczego nie masz jeszcze chłopaka? Wróć, dziecko, do domu! Nie miało znaczenia, że zarabiam na siebie, mam gdzie mieszkać i jestem szczęśliwa. Nie miałam męża, ani nawet kandydata na niego! „W moim wieku” to niedopuszczalne. Zachorował tata. Nie mogłam odmówić powrotu. Kiedy odchodziłam z firmy, płakałam. Spakowałam się w 16 walizek. A ile rzeczy wyrzuciłam! Żałuję. Chciałabym mieć moje ciuchy z powrotem.

Chcesz skończyć jako stara panna?!

Chciałam być dobrą córką, więc wróciłam… ale czułam się rozdarta. Bardzo szybko znów miałam dosyć tego, że co prawda siedzimy przy stole razem – ale rozmawia się tylko o tym, co zdrożało, czego brakuje i czego kupić nie można, bo drogo. Ręce opadają. Za granicą nie miałam podstawowego problemu: z pieniędzmi. Zawsze dało się je zarobić, wystarczało na normalne, godziwe życie. A u nas pracy nie ma wcale. Wrócił też temat mojego zaawansowanego wieku i niepewnej przyszłości. Mam koleżankę, mieszka w sąsiedztwie. Starsza niż ja. Też po maturze wyjechała do Warszawy. Pracuje, zarabia, kupiła w stolicy mieszkanie… Ale dziś ma 37 lat, a męża i dziecka nie ma! Według mojej rodziny i sąsiadów, ona jest stracona – życie jej przeminęło! „Chyba nie chcesz skończyć tak samo, zostać starą paną?!”. Oczywiście, że ja o niej w ten sposób nie myślę, ona sama pewnie też nie… a przynajmniej nigdy się do tego nie przyzna. Czy ja komukolwiek mówię, jak NAPRAWDĘ wygląda moje życie? Tego się nie robi. Trzeba udawać. Pomyślałam, że rozejrzę się w tym moim mieście, urządzę… ale poszłam na dyskotekę i poznałam chłopaka. I zaczęliśmy ze sobą chodzić. Był porządny, grzeczny, zależało mu – wydawało się, że to jest to!

Spodobał mi się. Dziś jednak powiem to wreszcie szczerze: mam męża z przypadku. Muszę zaznaczyć, że to nie jest jego wina. Zobiłam błąd, sama się na to zgodziłam. I tylko gdy patrzę na moją córeczkę, myślę: trudno, warto było zrobić ten błąd! Kocham ją nad życie. Nie wiem tylko, jak się z tego związku wykaraskać. Chcę odejść, ale nie mam jak.

malzenstwoagnieszki_03

Mówili: ślub wszystko zmienia

Krzysztof mi się oświadczył, a ja jak zwykle nie potrafiłam powiedzieć „Nie”. Przy czym wcale nie dlatego, że mnie kochał i bardzo tego chciał. On też uważał, że powinien! Powiedział: „No to co, oboje mamy już po 30 lat, rok chodzimy ze sobą – to może ja przyjdę z pierścionkiem?”. I wszyscy razem poszliśmy do jubilera. Ja, jego i moi rodzice, „bo on sam nie będzie umiał wybrać”. Jakby miał 5 lat. Mnóstwo takich detali mi wtedy umknęło. Zaczarowała mnie biała sukienka i rola panny młodej, przyznaję. Byłam w euforii – nareszcie zostanę mężatką! Wydawało mi się, że go kocham i chcę z nim być. Wszystkie minusy bagatelizowałam. Przecież po ślubie się zmieni! Wesele mieliśmy na 80 osób, nieduże. Lubię imprezy, więc ta też mi się podobała. Orkiestra grała pod blokiem godzinę, było super. W sukni z trenem wyglądałam cudownie. Księżniczka! Przez pięć minut. Był taki moment, czekaliśmy w domu na pana młodego, a fotograf robił mi zdjęcie z mamą. Spojrzałyśmy sobie w oczy. To była chwila prawdy, pomyślałam: „Dziewczyno, uciekaj – to nie to!!!”. Ale szybko tę myśl przegnałam. Orkiestra gra, wódka się będzie lała, idziemy szaleć i tańczyć! Ten głos wewnętrzny czasem się odzywa, ale ja go nie słucham. Mój mąż był kierowcą, tuż przed śłubem zaczął pierwszą pracę. Ktoś mu ją załatwił – bo on nigdy w życiu sam niczego sobie załatwić nie umiał. Wkrótce tę robotę stracił. Pracuje dorywczo, bo z czegoś musimy żyć. Jakim cudem to się stało, że my wzięliśmy ślub?! Myślałam: mam 30 lat. W gazetach piszą, że kobieta 30-letnia, gdy nie ma nikogo, jest… wybrakowana. Uwierzyłam. Aż mnie boli, kiedy o tym mówię.

Para nie do pary

Wyszłam za mąż i moje kolorowe życie skończyło się. Wmawiałam sobie że jestem szczęśliwa… ale zgrzytało. Mąż jest niezaradny, niezorganizowany, powiedzmy to wprost: leniwy. Zastanawiam się, jak sobie dzisiaj radzi, bo został na parę godzin z dzieckiem? Zostawiłam ich kiedyś, to córka poszła spać głodna, zapomniał jej dać kolację. Nie jest ojcem zakochanym w dziecku – nie lubi z nim przebywać, bawić się, jego to nudzi. Woli oglądać telewizję i pić piwo, a mała w tym czasie rysuje. To bardzo boli. Pracuje niewiele. Wynajmujemy mieszkanie i wegetujemy z dnia na dzień. Ja uwielbiam gdzieś chodzić, spotykać ludzi, kocham ruch – poszłabym na spacer, pojechała z  rodziną za miasto. To nie wymaga dużych pieniędzy! Mąż nie ma takich potrzeb. „W domu telewizor jest, a kawę sam ci zrobię, będzie taniej”, słyszę. Karci mne, gdy rachunek ze sklepu jest za duży, rozlicza z błyszczyka, bo „inne się nie malują i żyją”. O wakacjach nawet mu nie wspominam. Gdy proponuję: ruszmy się, przeżyje się coś, zrobimy zdjęcia telefonem, będzie pamiątka – dziecko się ucieszy… Słyszę: po co? To tyle kosztuje! Zdaniem męża małej niczego nie potrzeba, bo wszystko ma, ja także. Pieniądze, które przywiozłam z Anglii, poszły na suknię i wesele. Sama zapłaciłam za tę piękną suknię… Pieniądze od gości przejedliśmy w pierwszym roku małżeństwa. Ubrań nowych nie kupuję, wyszukuję je w second-hand’ach albo wygrzebuję irlandzkie sprzed lat. Przerabiam, noszę. Dla córki tak samo. Poluję na gratisy, biorę udział w internetowych konkursach, sprzedaję na Allegro. Jest ciężko, bo we mnie siedzi ktoś, kto… chciałby wyrwać się i żyć! Córka jest za mała, żebym mogła myśleć o stałej pracy. Jestem w tym związku uwięziona. 20-30 złotych, które czasami zarabiam, wydaję na dziecko. Rodzicom o niczym nie mówię. Na pozór jesteśmy fajną, młodą rodziną. Bywamy razem u dziadków, dzieckiem się zachwycamy – że to czy tamto potrafi. Ale im dłużej w to brnę, tym jest trudniej. W domu często i ostro się kłócimy. Przy córce, mieszkanie jest małe. Dziecko przybiega i zatyka nam usta, żebyśmy na siebie nie krzyczeli. Nie chcę, żeby i ono cierpiało.

Wyjaśniło się, że mąż i ślub to nie był cel mojego życia. Gdybyśmy nie mieli dziecka, małżeństwo by nie przetrwało.

Być żoną? To nie dla mnie

Wyjaśniło się, że mąż i ślub to nie był cel mojego życia. Gdybyśmy nie mieli dziecka, małżeństwo by nie przetrwało. Córka ma trzy lata i kocham ją bardzo, tylko ona mnie w tym związku trzyma. Ja się kompletnie nie sprawdzam w roli ślubnej małżonki. Staram się ze wszystkich sił… ale to na nic. Wiedziałam, czym jest miłość. Byłam raz nieprzytomnie zakochana. Wmówiłam sobie, że tamta miłość… była szczenięca, wyidealizowana. Miałam 16 lat, a teraz trzeba dorosnąć, po prostu. W dorosłym życiu nie można kochać kogoś bez reszty i być szczęśliwym… bo to zwyczajne życie przecież jest. Człowiek skończył te 30 lat, musi żyć w małżeństwie, i musi się męczyć! Nie chciałam być podobna do rodziców – a jednak zrobiłam, co chcieli i stałam się taka sama. Tak ze mną jest: niby mam swoje zdanie, ale nie umiem go bronić. Mówię mężowi: rozstańmy się, my w ogóle do siebie nie pasujemy! I słyszę: „Ciesz się, że cię nie leję. Są mężowie, którzy jak walną w łeb, to baba wiecej słowem się nie odezwie”. U nas tak jeszcze nie ma, ale może tyrana się hoduje, siedząc cicho i godząc na wszystko? Nie do pary jest ten pan z tą panią, niestety. Ja chciałabym intensywnie żyć, a mężowi wystarcza wegetacja. Może myśli, że ma już wszystko? Jest dom, żona i dziecko. Nigdy nie zapytałam, czego od życia oczekuje, o czym marzy. Mówię, że przestałam go kochać, nie chcę z nim być – a on wyjeżdża z „ciesz się, że cię nie leję”! Błąd mój polega na tym, że pozwoliłam sobie wmówić, jak ma wyglądać moje życie. „Musisz wyjść za mąż, bo będzie za późno!”. Tak wkopałam się w związek bez przyszłości. Od ponad roku śpimy nadal w jednym łóżku, ale nic więcej. Spędzić razem weekend jest coraz trudniej. Proza życia 35-letniej Agnieszki… lepiej było zostać singielką. Nie odnalazłam własnej drogi. Próbowałam wielu, nie zdecydowałam się na żadną. Teraz idę cudzą. Miłość? Liczę, że jeszcze kiedyś mnie odnajdzie. Mamy tylko jedno życie i prawo, aby być sobą. Mnie zabrakło odwagi, chyba w tej Irlandii została. Nie spakowałam jej w 17. walizkę. Może trzeba będzie po nią pojechać?

Rys. Anna Moderska www.aniarysuje.com
[Tekst na podstawie zwierzeń czytelniczki GRAZIA; nr. 15/2013]
malzenstwoagnieszki_04

4 komentarze

  • bzapiski pisze:

    jeszcze się nie zawiodłam na Twoich tekstach: na świetnych tematach i czystej- potoczystej polszczyźnie!

  • ...aaaa pisze:

    Nie wiem czy to przeczytasz, ale jedź po tą 17 walizkę z córką, weź rozwód, zabierz córkę i znajdź swoje szczęście :)

    • Aldona Wiśniewska pisze:

      Przeczyta. Przekażę :) Dzięki za normalny komentarz – miła odmiana wśród masowej wysyłki reklam przez roboty piszące po angielsku i po chuńsku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *