Toksyczna praca

  • 17 maja 2014
  • Brak komentarzy

Człowiek rodzi się i żyje wolnym. Ale nie w miejscu zatrudnienia, dopowiadasz w duchu. Człowiek jest istotą obdarowaną wolnością wyboru. Tak, ale nie w czasach recesji, jeśli chce otrzymywać pensję… Co sprawia, że niektore miejsca i rodzaje pracy są jak trucizna, że czujemy się w nich chorzy – i przestajemy być sobą?

Syndrom toksycznej pracy

Większość ludzi lubi pracować. Odpowiada im uregulowany tryb życia, pewność, że we właściwym czasie na koncie pojawią się pieniądze. Lubimy spotykać się z innymi ludźmi aby wspólnie coś zrobić, inspirując się nawzajem. Cieszy poczucie spełnienia gdy wiemy, że nasze działania odniosły zamierzony cel.

W dzieciństwie uskrzydlają nas pochwały dorosłych – z czasem, gdy nabieramy doświadczenia i rozwija się poczucie własnej wartości, sami wiemy, czy zrobiliśmy coś dobrze, a nawet świetnie. Ta świadomość nadaje życiu sens: czujemy się mądrzy, skuteczni, na właściwym miejscu. Liczne badania wykazują, że zadowolenie z pracy jest źródłem dobrego zdrowia i długowieczności.

Nawet stres, związany z pracą, daje się zaakceptować. Odrobina stresu nadaje życiu smak, nie pozwala się nudzić. Zastrzyk adrenaliny związany z pokonywaniem trudności jest jak ostroga: spinamy się, aby stanąć na wysokości zadania, bierzemy kolejne wyzwania, jak dobry koń przeszkodę. Przekonanie, że świetnie zrobiliśmy coś trudnego, jest głęboko satysfakcjonujące. Prawie jak dobry seks. Co dzieje się z człowiekiem, który spędza w pracy lwią część życia (licząc dojazdy, nawet dwanaście godzin dziennie) – jeżeli tego typu doznania w ogóle nie są jego udziałem?

toksyczna_001rys. Anna Moderska

Natalia, 42 lata, korektorka: – Szefowa, dla której pracuję, chyba mnie nienawidzi. Codziennie daje mi do zrozumienia, najchętniej w obecności współpracowników, jak bardzo jestem nierozgarnięta. Wystarczy, że zdarzy mi się przeoczyć błąd lub źle, jej zdaniem, postawić przecinek. Na początku była zadowolona z mojej pracy, „miesiąc miodowy” trwał dość długo, prawie dwa lata. Ostatnio jednak jest coraz gorzej. Słyszałam, że ma kogoś na moje miejsce, dlatego jej szykany są coraz bardziej jawne. W biurku trzymam tabletki uspokajające, ale i tak co jakiś czas muszę wyjść z pracy choć na chwilę. Mam wrażenie, że inaczej bym się udusiła. Nigdy nie wiem, o której będę w domu. Codziennie zostaję po godzinach. Tkwię w tym, bo po prostu nie mam dokąd pójść! Nie mam też czasu, żeby sobie pracy szukać. Wracam do domu z bólem głowy, krzyża, zaciśniętymi szczękami. Biorę proszki na sen.

Jerzy, 35 lat, menedżer: – Od trzech lat jestem szefem małej agencji PR, którą sam założyłem. Wcześniej pracowałem dla dużych, sieciowych agencji reklamowych. Zależało mi na karierze, cieszyłem się, że mam świetną robotę i wysokie zarobki. W „agenturze”, jak mówiliśmy o firmie, coś takiego jak ustalony czas pracy nie istniało w ogóle. W dobrym tonie było siedzieć nad projektami do nocy, potem balowac razem i prosto z miasta wracać do biurka. Rzuciła mnie dziewczyna, nie rozumiała, dlaczego chcę tak żyć. Nie przejąłem się – bo przecież w tym samym czasie zbudowaliśmy świetny team, zbieraliśmy nagrody! Okazało się jednak, że moje sukcesy niewiele znaczą. Gdy przyszło ciąć koszta, byłem pierwszy do zwolnienia. „Za twoją pensję mogę mieć trzech takich ambitnych wariatów z prowincji“ – uslyszałem od szefa. Znalazłem się na lodzie z dnia na dzień. Więcej tak nie chcę. Dziś pracujemy na swoim z kilkoma kolegami, którzy mieli podobne przejścia. Staram się zachować „balans“, rownowagę pomiędzy życiem osobistym i zawodowym. Kariera już nie jest dla mnie najważniejsza, ważniejsze jest zdrowie psychiczne.

Ewelina, 40 lat, urzędniczka: – Od dwunastu lat pracuję w tym samym biurze. Nie zarabiamy tu wiele, ale stworzyłyśmy zgraną grupę, jedna mogła na drugą liczyć. Pomagałyśmy sobie w pracy i po pracy. Skończyło się, kiedy zmieniła się szefowa. Ona nigdy nie powie wprost, że jest niezadowolona. Wzywa do siebie i mówi: „Nie chcę już słyszeć, że pani w pracy czyta gazetę, wyszła na kawę, rozmawia z koleżanką. Innym to się nie podoba!”. W ten sposób informuje, że dziewczyny donoszą jedna na drugą. Nie wiadomo, komu ufać. Pracujemy dużo, dzień w dzień mam mnóstwo papierkowej roboty. Parę minut odpoczynku raz na jakiś czas jest niezbędne, żeby wytrzymać tę monotonię. Ale skoro ktoś na mnie donosi? Zrobiłyśmy się podejrzliwe, zniknęła dawna zażyłość. Czasami markuję pracę, choć nie mam nic do roboty.

Ciało pierwsze zaczyna się buntować

O „syndromie toksycznej pracy” możemy mówić wtedy, gdy wydarzenia w naszym życiu zawodowym wywołują długotrwałe stany złego samopoczucia, prowadzące do cierpień psychicznych lub dolegliwości fizycznych, i są pogłębione niemożnością poradzenia sobie z bólem, znalezienia lub stworzenia korzystniejszej sytuacji – twierdzi Barbara Bailey Reinhold, autorka książki „Toksyczna praca”. W myśl tej definicji, każda z wymienionych wyżej osób zmaga się lub zmagała z toksyczną pracą.

Wszyscy narzekamy czasem na robotę, szefa albo firmę: czy to znaczy, że każdy z nas ma toksyczną pracę? Z pewnością nie. Opowieści osób, którym zawodowe sprawy układają się naprawdę źle, są charakterystyczne: „To biuro mnie przytłacza, mam wrażenie że się w nim duszę”; „Na myśl, że mam iść do roboty, zaciska mi się stalowa obręcz wokół głowy”; „Najgorsze jest to, że szef nas poniża, czuję się winna jak dziecko, które nie odrobiło lekcji i jest najgłupsze w szkole”; „W poniedziałek rano zawsze boli mnie brzuch”. Typowy dla tych skarg jest fakt, że problemy w pracy znajdują odbicie w dolegliwościach czysto fizycznych, poczuciu winy lub obniżonym poczuciu własnej wartości.

Człowiek jest całością. Gdy w jego życiu dzieje się źle, a on nic z tym nie robi – ciało zaczyna wysyłać coraz bardziej alarmujące sygnały: „Masz poważny problem, zajmij się nim”. Ignorowanie tych dolegliwości jest błędem. Z czasem może doprowadzić do poważnej choroby.

Zagrożenie zdrowia, związane z permanentnym stresem przeżywanym w pracy, jest rzeczywiste i poważne. Nie bez przyczyny statystycznie to w poniedziałki, pomiędzy 8.00 a 9.00 rano, ma miejsce więcej zawałów i wylewów niż w jakikolwiek inny dzień tygodnia. Z  badań wynika także, że na bóle krzyża częściej skarżą się pracownicy odczuwający nikłą satysfakcję z pracy niż osoby, które swoją pracę lubią. I nie ma znaczenia, czy ludzie ci pracują ciężko fizycznie, czy siedzą za biurkiem. Napięcia i stres w pracy obciążają nasz układ krążenia i układ oddechowy: ten ostatni tak bardzo, że w jednych z amerykańskich badań pracowniczych odkryto tzw. „zespół dusznego budynku”. Badani pracownicy uskarżali się na duszności, sprowadzono więc komisję, aby skontrolowała warunki pracy. Komisja nie wykryła żadnych fizycznych przyczyn, które mogłyby powodować duszności. Odkryto za to szereg błędów w zarządzaniu i metodach kierowania pracownikami.

toksyczna_002rys. Anna Moderska

Poznaj swojego wroga

Jakie są cechy toksycznej pracy, jak sprawdzić, czy nasza praca jest „szkodliwa dla zdrowia”, choć normy BHP tego  nie stwierdzą? Amerykański psycholog Robert Karasek twierdzi: – Najgorsze dla zdrowia psychicznego są wysokie wymagania w połączeniu z brakiem możliwości wpływania na sposób realizacji tych zadań. Innymi słowy, mnóstwo obowiązków, wysokie normy, wysokie oczekiwania – przy jednoczesnej ciągłej kontroli i pozbawieniu swobody decyzyjnej.
Zdaniem badacza, skutkiem takiej kompilacji jest obniżenie zdolności twórczych, a w wymiarze fizycznym, choroby serca.

Zdrowiu pracowników nie służą też niejasne zmiany i przekształcenia wewnątrz firmy, poczucie zagrożenia utratą pracy albo zajmowanego stanowiska, atmosfera nagonki, oskarżeń, złośliwości (których źródłem mogą być koledzy z pracy lub szef). Nie służy nam w pracy brak kontroli nad odcinkiem zadań, za który odpowiadamy, niemożność wykorzystania posiadanych umiejętności, niejasność co do naszych uprawnień i obowiązujących w firmie reguł. A także brak społecznego oparcia, szacunku, praca w izolacji od innych lub przeciwnie – bez skrawka choćby miejsca dla siebie.

Jeżeli nasze życie zawodowe cechuje więcej niż trzy z wymienionych wyżej wad – nie ma się co oszukiwać. Ta praca jest szkodliwa dla zdrowia…

Przystosować się, walczyć, uciekać?

Udawanie, że nic się nie dzieje, to jeden z popularnych sposobów radzenia sobie z permanentnym stresem w pracy. „Nie jest tak źle, inni mają gorzej”, mówimy. Albo: „To tylko praca, ona nic dla mnie nie znaczy, po prostu zarabiam tutaj pieniądze”. Powtarzamy sobie codziennie, racjonalizując problem: jestem tu czasowo, to nie jest całe moje życie, kiedyś zmienię pracę, a na razie – wytrzymam. Toksyczna praca staje się w naszych oczach pracą dobrą, bo stałą (choćbyśmy mieli za nią zapłacić wrzodami), a trwanie w niej heroiczną postawą, godną dojrzałej osoby. Inne sposoby to „zajadanie” problemu, poprawianie sobie nastroju słodyczami i większymi porcjami podczas posiłków (popularne wśród kobiet) lub „znieczulanie się” za pomocą używek. Papierosy, kawa, napoje nergetyzujące, wreszcie – amfetamina.

Środki wymuszające sztuczne ożywienie, aby podołać obowiązkom. Jeden lub kilka „głębszych” wieczorem, aby usnąć. Sięgamy po te wszystkie rzeczy, by nie myśleć i nie czuć – a w rezultacie, nie cierpieć. Z ich pomocą odcinamy się od własnego ciała, wysyłającego rozpaczliwe sygnały: częsty, tępy ból głowy, uczucie mdłości, bezsenność, nawracające przeziębienia, dolegliwości skórne, bóle kręgosłupa. Aby je móc zignorować, łykamy środki przeciwbólowe, środki na uspokojenie, albo… ogłuszamy się jeszcze większą porcją pracy.

Być może bylibyśmy w stanie, z uwagi na własne zdrowie, rzucić pracę i przestać się szarpać z głupim szefem czy nielojalnymi podwładnymi – gdyby nie fakt, że nawet w dużych miastach Polski panuje kilkunastoprocentowe bezrobocie. Jest nim dotknięta (wg. CBOS) co trzecia rodzina, a 67 proc. bezrobotnych doświadczyło braku pracy przez czas dłuższy niż 12 miesięcy. Jest czego się bać. Wzięliśmy kredyty, opłacamy kosztowne ubezpieczenia, które mają nam zapewnić lepszą starość, posłaliśmy dzieci do płatnych szkół, marzymy o lepszym mieszkaniu. I wreszcie, wreszcie, o życiu na jakimś poziomie – spokoju, stabilizacji. „Rzuciłabym tę robotę, gdyby nie dziecko, kredyt, mąż na bezrobociu” – można usłyszeć znacznie częściej, niż „Kocham tę pracę, rozwijam się w niej, codziennie uczę się czegoś nowego i ciekawego”.

Można próbować walczyć o lepsze warunki, protestować, pisać listy do zarządu, wykłócać się lub grozić podjęciem kroków sądowych – pisze Barbara B. Reinhold. – Ale wiadomo, że gdy raz zostanie się uznanym za osobę zbyt niezależną lub wręcz „bezczelną”, z karierą w obecnym miejscu pracy (a często i w wielu podobnych miejscach) koniec. Frustracja i gniew nie znajdują więc ujścia, a to odbija się na naszym układzie krążenia.

toksyczna_003rys. Anna Moderska

A zatem, ucieczka „do środka”, emigracja wewnętrzna? Wielu rozczarowanych pracowników instynktownie się wycofuje – zamyka się w sobie, unika kontaktów z kolegami, ogranicza do minimum zaangażowanie zawodowe. Taka postawa jest jednak szkodliwa dla naszego zdrowia psychicznego. Wycofanie się prowadzi do fizycznej i psychicznej apatii, której towarzyszy spowolnienie funkcji życiowych, mogące spowodować nawet… śmierć.

Dla zdrowia fizycznego i psychicznego konieczna nam jest zwykła, codzienna aktywność, dająca choćby niewielką satysfakcję z tego, co robimy. Między innymi dlatego większość dolegliwości fizycznych, trapiących nas przez okrągły tydzień, znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w weekendy. Jak sobie jednak radzić na co dzień, gdy wolne dni są tylko dwa, a praca zawodowa zajmuje dni pięć? Jak mówią Amerykanie: jeśli nie możesz zmienić faktów, zmień nastawienie. Nie zawsze możemy mieć wpływ na to, co dzieje się w firmie. Ale możemy panować nad tym, jak na frustrację i stres zareagujemy.

W imię czego ta męka codzienna?

Po pierwsze, jeśli od dawna odczuwasz przeciążenie obowiązkami, zmęczenie, masz zaległu urlop – odpocznij! Wykorzystaj wolny czas na przemyślenia i odzyskanie sił. Rozważ, czy nie przydałaby ci się pomoc z zewnątrz. Wsparcie fachowca, który pomoże z dystansem podejść do zawodowych problemów i szarpiących cię w związku z nimi emocji, znaleźć rozwiązanie. Może czas zmienić pracę? A może tylko sposób jej wykonywania lub ustalenia z kierownictwem.

Po drugie, posłuchaj wreszcie swego ciała. Aby przestało cię nękać, potrzebuje nie tylko strawy i odpoczynku, ale również zaspokojenia innych zmysłów: podaruj mu odrobinę spokoju, wyrównując i pogłębiając oddech, wzmocnij sprawność – dzięki fizycznej aktywności, znajdź czas na sen i śmiech. Twoja psyche i soma są nierozerwarnie związane! A kiedy wrócisz do pracy, zdecyduj: po co tam jesteś, na jak długo, w imię jakich celów – osobistych lub zawodowych – związałeś się z tą właśnie firmą? Korzystne dla naszego zdrowia psychicznego jest nie oszukiwanie się, że problemu nie ma, ale realistyczne ustalenie, w imię czego ta codzienna męka. I czy na pewno musimy ją znosić? Świadomośc posiadania alternatywy jest bardzo ważna dla naszego poczucia własnej wartości i równowagi psychicznej.

A jakaś alternatywa zawsze istnieje… czasami tylko, powodowani lękiem lub cierpieniem, nie jesteśmy w stanie jej dostrzec. Przyzwolenie sobie na wyjście z chorej sytuacji pozwala znaleźć drogę ucieczki: dodatkowe kursy lub studia, zastąpienie kilkoma zleceniami jednego stałego etatu, założenie własnej firmy. Albo pozostanie w pracy, która przysparza cierpień – ale zmieniając sposób, w jaki jest wykonywana.

Jeśli zdecydujesz się tkwić w toksycznej pracy, powiedz sobie przynajmniej: jestem tutaj, bo to mój wybór. Nie ma gorszej odpowiedzi niż „Znoszę to codziennie, bo muszę”.

Aldona Krajewska
(tekst ukazał się w miesięczniku CHARAKTERY pt. „Trująca praca”)

Ilustracje: Anna Moderska
http://aniarysuje.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *