Szklana kula Doroty Masłowskiej

  • 25 września 2013
  • Brak komentarzy

Cudowne dziecko polskiej literatury nie jest już dzieckiem. Nastolatka, której debiut wywołał burzę, a druga książka zgarnęła najpoważniejszą literacką nagrodę w kraju, pisarka od lat dziesięciu, jesienią 2012 r. wydała trzecią, bardzo oczekiwaną powieść: „Kochanie, zabiłam nasze koty”. Jak mówi, najbardziej z nich pogodną. Nam opowiada, co jest dla niej w życiu najważniejsze, i dlaczego nawet największy sukces trudno nazwać szczęściem. Prywatnie jest mamą ośmioletniej Maliny.

Jak daleko było z Wejherowa nad morze? Brakuje pani Bałtyku na piaszczystym Mazowszu?

– 25 kilometrów. Bardzo mi brakuje. Okalecza mnie to psychicznie. Wisła potrzebę bezkresu i nieskończoności spełnia w małym stopniu, raczej są w jej pobliżu okoliczności do popełniania samobójstw.

A sama stolica? Daje się ją lubić?

– Trudny moment roku na to pytanie… zawsze po wakacjach mam totalną negację Warszawy. Mieszkam tu 9 lat, a znowu przeżywam doroczny bunt młodzieńczy. Nie chcę tu być, żyć, jest brudno, brzydko i śmierdzi. „Co ja tu robię? Nie wiem, po co tu jestem!”. Święto nienawiści do Warszawy! Po jakimś czasie przechodzi…

Ale przecież sama to pani sobie zrobiła. Dlaczego?

– Z różnych powodów. Bliskość lotniska, Malina chodzi do dobrej szkoły. Teraz mieszkam na Żoliborzu. Nie wyobrażam już sobie życia gdzie indziej. Cisza, wygoda. I stacja metra tuż obok.

Malina tu się urodziła, jest już warszawianką.

– Malina jest… ośmioletnią nomadką. Ja głęboko w sobie, choć jestem mieszkanką miast, czuję się antyurbanistką. Miasto to zły w swej idei twór. Przysparza ludziom nieszczęścia i cierpienia.

Jakoś nie wyobrażam sobie pani, pisarki, miastowej dziewczyny, w roli „starego Macieja, co mieszka pod lasem”.

– Bardzo dobrze spełniałabym się w roli starego Macieja! Mam dom na Kaszubach. Wiem, jak to brzmi. Ale to stary dom, w bardzo złym stanie technicznym…

– …rozwalająca się drewaniana chałupa, powiedzmy od razu…

– Tego nie mogę powiedzieć, zraniłabym uczucia rodziców, którzy o niego dbają, angażują się, razem go remontujemy. Ale nie ma co wyobrażać sobie pisarki siedzącej przy oknie wśród białych firanek, stołu z haftowanym obrusem. Dom był rzeczywiście po części drewniany, ale jednak nie chałupa: to pruski mur, dach ma z przedwojennych, bardzo starych dachówek „sercówek”, z napisem „Stolp”.

Dachówki ze Słupska! Moje strony. Nad morze jest stamtąd 18 km. I też w Warszawie za nim tęsknię.

– Z Wejherowa jedzie się 25 minut. Uwielbiam Bałtyk.

Kocha pani „śledziowe”, zimne polskie morze?

– Byłam nad wieloma morzami, ale to działa szczególnie. Oczywiście, trzeba mieć swoje miejsca, gdzie nie ma turystów… ale one wciąż istnieją. Jego melancholia to rewers dla wszystkiego, po co się jeździ do Egiptu i Tunezji. Jest wytrawne. Inne morza są najwyżej półsłodkie.

Dlaczego pod koniec „Wojny…” wysłała pani Silnego nad Bałtyk, do fabryki piasku?

– Niejakiego Sztorma… już nie pamiętam, czemu go tam wysłałam. To było dziesięć lat temu.

Pani najnowsza książka jest zadzwiająco przystępna. Najbardziej ze wszystkich trzech podobna do zwyczajnej powieści.

– Jest czytelna? Budzi pytanie, co się ze mną dzieje? (śmiech) Ja to widzę inaczej. Jest najbardziej przystępna – ale myślę, że ona ma wiele warstw. Dla każdego coś miłego. Kto lubi powieści „normalne” i nie lubuje się w ekscesach językowych, będzie usatysfakcjonowany. Realizm, liniowa fabuła, ostentacyjnie błaha – łatwo dostępny poziom. Ale znajdą też coś dla siebie ludzie, którzy cenią bogactwo języka i zabawę z nim. Ta książka miała być inna, nowa, bo zatrzasnęłam się w szufladzie „To, co pisze Masłowska, jest wulgarne, nihilistyczne”… Zwykła higiena umysłowa. Ciągłe powtarzanie się jest zabójcze. Czyta się ją wolniej, nie ma narzuconego rytmu, ma własne tempo.

Po raz pierwszy pisze pani nie o tym, co dobrze zna i co ją otacza wokół. Nie bloki i podwórko, jak w Wejherowie i „Wojnie..”, nie warszawska Praga, jak w „Pawiu…”. Miasto, dzielnice Bath, St. Patrick, Bohemian Street. Przypomina raczej Nowy Jork, niż miasto w Polsce.

– Ta książka jest jak kula z miastem w środku, którą potrząsamy i na domy sypią się płatki śniegu (śmiech). Po raz pierwszy wymyśliłam od początku do końca mały świat. Podoba mi się to, taka próba powrotu do zabawy i radości z pisania.

Wcześniej jej nie było?

– Rzeczy, które wcześniej pisałam, zawsze były tak zaangażowane, że pisanie tej książki okazało się nagłym zwrotem w kierunku zwyczajności – odpoczynkiem, zabawą. Przyjemność dla mnie. Jestem z niej bardzo zadowolona. Zdaję sobie sprawę, że to może być zaskoczeniem. Że nie ma w niej woli zmieniania świata na lepsze. Albo choćby na gorsze.

– „Paw..” – książka-piosenka z refrenem, a nawet kilkoma, rymowana, rapowa – to nie była dobra zabawa? Dla mnie jest łatwiej przyswajalna, niż „Wojna…”, złapałam się po przeczytaniu na tym, że w kółko rymuję i mówię, rapując. Mam ulubione zdanie: „Woronicza, najpiękniejsza w Polsce ulica, po której w biały dzień idzie Grażyna Torbicka…”. Zawsze mi się przypomina, gdy jestem gdzieś niedaleko.

– Ona najbardziej ludzi odrzuca, jest najtrudniejszą w odbiorze moją książką! Słyszałam to od wielu osób. Odrzuca, bo nie słyszą w niej tego rytmu ani melodii. Jedni to łapią, inni zupełnie nie.

Pani z taką swobodą mówi „podoba mi się moja książka, jestem z niej bardzo zadowolona”

– Może to nie brzmi dobrze, ale mam poczucie, że za każdym razem dałam sto procent swoich możliwości. Każda moja książka jest… pełnym zdjęciem mojego mózgu w danym momencie. Maksimum tego, co mogę z siebie dać. Uczciwie wykonana robota. Nie wiem, skąd mam tak wielką wiarę w siebie, prawdopodobnie była w pakiecie z talentem. Gdy skończę książkę, oczywiście przechodzę różne fazy uczuć do niej: sympatii, antypatii, nienawiści nawet. Ale potem…

Książka jest dla pisarza jak dziecko?

– Tak, trzeba je kochać.

Jakie to uczucie, gdy idzie do druku?

– Moment niezwykłego szczęścia: powstał świat, który może się podobać albo nie, ale jest! To ja go stworzyłam!

Jest pani jego Bogiem.

– Jestem Bogiem. Może małym, niedołężnym… ale zaciekłym.

Tylko dlaczego ten wykreowany od zera świat nie skrzy się kolorami, nie jest ciepły, piękny? Rozumiem, przaśna Praga i jej odbicie w „Pawiu…”, ale teraz mieszka pani w cudownym, słonecznym miejscu, jednej z najlepszych dzielnic Warszawy – na starym Żoliborzu… Sielankowość otoczenia, w którym pani pisze, nie ma na nic wpływu?

– Książki są jakimś wyciągiem z rzeczywistości, mojego tu i teraz. Ale nie do końca. Przez kilka ostatnich lat czułam się sparaliżowana ciążącą na mnie odpowiedzialnością „głosu pokolenia”, koniecznością odnoszenia się do polskiej współczesnej rzeczywistości. Byłam jak związana tym przymusem i zobowiązaniem, ciężarem, który na siebie wzięłam.

Aż tak?

– Nie lubię, gdy wszyscy naokoło wiedzą o mnie wszystko, znają mój następny ruch – wtedy muszę wydostać się z roli. Instynktownie, uciekłam w coś innego, swojego.

Powiedziała gdzieś pani: „Dobrze było uciec z polskiej zimy na wakacje w stworzony przez siebie świat”. Może to przyszła dojrzałość? Następny etap zawodowy? Wymyślić coś zupełnie odmiennego od osobistego doświadczenia jest przecież najtrudniej.

– To prawda, nie istnieje fikcja zupełna, nie da się pisać całkowicie „nie o mnie”. Książka zbudowana jest zawsze z własnej, żywej tkanki. Dlatego bardzo szanuję to, co zrobiłam. Wykreowanie świata od początku okazało się niezwykle trudne, nie wystarczyło już wyjść przed dom. Jej język „złego tłumaczenia amerykańskiej powieści” sprawił, że bohaterowie musieli być inni: mają inne gesty, codzienność, inaczej się poruszają, trzeba to było wymyślić, wysilić zmysł obserwacji. Musiałam zrobić porządny reaserch.

Gdzie mieszkają główne bohaterki – Farah, Joanne i Gosha? Gdzie pani znalazła ich miasto?

– Oglądałam filmy, amerykańskie seriale, czasopisma. Miasta europejskie są do siebie podobne, unifikują się. Ja opisałam Miasto-Nigdzie, nie da się go udosłownić. Chociaż każde miasto uważam za źródło zła i cierpienia.

Dlatego jest takie brzydkie i trudne do życia? Pani bohaterki to dziewczyny nieefektowne, żałosne w swoich dążeniach, rozpaczliwie samotne…

– Tak to pani widzi? Moim zdaniem ich historia jest stosunkowo pogodna. Są w niej brzydkie twarze i nieładne zapachy, ale to nie jest krytyka! One są wpisane w zbiorowy portret, tak po prostu jest. Tam jest zachwyt życiem! Afirmacja jego wielopłaszczyznowości – życie, miasto, świat zawiera elementy ładne i brzydkie, nieszczęściem naszej cywilizacji jest gonienie wyłącznie za pięknem, zamykanie na tę całość oczu.

Czytając pani książki mam wrażenie, że ich autorka jest jak Kaj z baśni o Królowej Śniegu: ma w oku okruch szkła, który sprawia, że wszystko co widzi jest zniekształcone i pozbawione uroku.

– Naprawdę? Czytałam niedawno tę baśń córce i uderzył mnie opis wpływu odłamka lustra na Kaja: „Z każdego, człowieka i przedmiotu, potrafił wyciągnąć coś brzydkiego i śmiesznego”… Ale to nie ja! W tej książce jest dużo wręcz upojenia życiem, jego bogactwem!

Jakiś przykład..?

– Fragment, gdy Joanne wychodzi z pracy, kupuje kebab, w powietrzu czuje zapach świeżo upieczonych muffinek, jest słońce, czuć rozgrzany asfalt, z jej rąk toczą się w dół ulicą krążki cebuli, gdy łakomie pochłania soczyste mięso, skaczą wiewiórki… Ogarnia ją podniecenie, niemal seksualne, bo kocha to miasto! To afirmacja życia w różnych jego aspektach. Nie, myślę, że nie mam szkiełka w oku, które wyciąga na wierzch świata brzydotę i jego dziwaczność. Błahość tej książki wydaje mi się bardzo pogodna. Tym bardziej, że zamierzałam skończyć ją zupełnie inaczej. Chciałam wykończyć moich bohaterów i posłać ich w dal w powodzi zgrozy i krwi… (śmiech). Marcin, mój chłopak, mi nie pozwolił. Miał rację! Wydaje mi się, że to źle wpływa na życie autora, gdy wyprodukuje taki strumień mroku.

Brzmi to bardzo ezoterycznie… Stephen King, autor horrorów, pewnie ma przechlapane?

– To jest obiektywne. King miał wypadek w miejscu, które opisał w jednej ze swoich powieści – „Misery”. Pisarz Malloy, autor cyklu kryminałów, ma wypadek i ratuje go kobieta, która jest jego fanką. A potem zaczyna go więzić, mszcząc się za ostatnią książkę. Uważam, że pisząc sceny jak z horroru drażnimy pulę ogólnoświatowego mroku. I on potem wraca. Zabrzmiało jak z pisma „Wróżka”, ale to jest doświadczenie fizyczno-chemiczne, nie ezoteryczne. Wierzę, że słowo ma wagę i moc. Słowo stwarza.

No tak. Jak w Biblii, „Na początku było Słowo…”. I powołało życie.

– Trzeba uważać, co się stwarza.

Zdolna dziewczyna, która już w liceum pisze, zwykle ma jakieś wsparcie – lub nie – w pani od polskiego. Inną ważną osobą musiała być babcia, z którą mieszkała pani do matury.

Babcia była bardzo dobra. Interesowała się gotowaniem, „Modą na sukces” i książkami. Jej zdjęcie wisi w moim domu na honorowym miejscu, wspomnienie o niej bardzo mi pomaga w życiu.

A jaka była pani polonistka?

– Bardzo surowa i wymagająca! Pani Beata Staszak. Kiedyś omawialiśmy na lekcji lekturę, średniowieczny utwór „Wyznania św. Augustyna”. Nie przeczytałam go, więc improwizowałam przy tablicy, a ona tak patrzyła, patrzyła… Potem powiedziała tylko: „Usiądź”.

Nie: „Siadaj, Masłowska!”?

– Nie, mówiono do nas po imieniu. Ona szybko zobaczyła we mnie iskrę Bożą, to, że ja piszę chętnie. Była wspaniała. Chciałam iść na polonistykę, poradziła, abym broń Boże tego nie robiła. Rozmawiała, podrzucała książki. Poezję do przeczytania. Ja wtedy miałam dość wywrotowy stosunek do szkoły, sprawiałam nieco problemów.

Jakiego rodzaju?

– Każdego! (śmiech)

Papierosy? Narkotyki? Seks w toalecie…?

– Nie, aż tak to nie.

Bywa pani czasem w dawnej szkole?

– Tak, chętnie czasem wpadam.

Jak tam przyjęto pani sukces?

– Nie mam pojęcia! Chyba są ze mnie dumni. Obserwują, co robię. Na spotkaniach z obecnymi uczniami jest bardzo miło… zdziwiło mnie, że oni teraz tak ładnie się wypowiadają, ubierają, nie mają obszarpanych rękawów ani dziurawych butów…

Inaczej niż pani w liceum? Wracając do książki…

– Bardzo ciekawie jest rozmawiać o niej teraz, kiedy jeszcze jej nie ma na rynku i ludzie nie przeczytali recenzji. Nie napisano w gazetach, co należy myśleć (śmiech). Potem wystarczy chwila rozmowy i już wiadomo, kto jaką gazetę czytał!

– …dlaczego jest w niej tyle rzeczy nieapetycznych, ciał niezgrabnych albo chorych, twarzy i widoków brzydkich?

– Jesteśmy skłonni grawitować tylko w stronę przyjemności, i to jest nasze nieszczęście. Chcemy widzieć tylko to, co nam się podoba, przekształcamy obraz, żeby był piękniejszy. Na tym wyrosło całe ludzkie nieszczęście, cierpienie, że nie jest tak, jak sobie marzyliśmy. A rzeczywistość składa się z bardzo wielu rzeczy, w tym bardzo brzydkich. Mój talent polega na tym, że mam zdolność wielowymiarowego widzenie. I potrafię to opisać, nie odrzucam brzydoty.

Mało kto potrafi mówić tak mocno i wprost: „Jestem zdolna. Wiem, że mam talent!”. Ale też nikt nie napisał dwóch książek, z których pierwsza była nominowana do najpoważniejszej nagrody w kraju, a druga ją zdobyła. I na dodatek każda z tych książek była kompletnym zaskoczeniem, każda jest inna.

– „Paw…” miejscami może wydawać się dość obrzydliwy. „Wojna…” – horrorowa. Jest mocna na wszystkich poziomach, bardzo mroczna. I było, jak mówiłam: ten mrok wrócił i mnie ukarał.

Ale przecież pani jest dzieckiem szczęścia! Wszystko się pani udaje, na niespotykaną skalę!

– Ja, dziecko szczęścia? Skąd?!

Już jako nastolatka odniosła pani ogromny sukces, zaskoczyła krytyków, autorytety wypowiadają się w superlatywach na pani temat, wszyscy się zachwycili, że objawił się ktoś taki …

– Czy sukces równa się szczęście?

Pewnie jest tyle definicji szczęścia, ilu ludzi, ale gdy ktoś pisze debiutancką powieść i liczy na wydanie tysiąca egzemplarzy, a następuje wielkie BUM i wszyscy o tej książce mówią, i kupuje ją 120 tysięcy osób…

–…a potem rzuca nią o ścianę! (śmiech)

– …i jest tłumaczona na osiem języków, przerabiana na sztuki w teatrze, w kraju i za granicą – to nie jest szczęście?

– Przywykłam do swojej biografii i nie widzę tego w kategorii szczęścia. To jest nieważne. Jestem szczęśliwa, gdy siedzę w tej kaszubskiej chałupie, z rodziną. Gdyby nie sukces, nie byłoby tego domu. Tkwiłabym w bibliotece albo może na stacji benzynowej. To był środek do właściwego szczęścia. Ważny jest ten talent, który mam. Zdolność pisania. Zachowałam pasję, ciekawość, zdolność widzenia całości. W skali mojego życia, to coś naprawdę dużego. Fakt, że mogę żyć z tego, nie muszę pracować w urzędzie, na poczcie albo w bibliotece, a pisać najwyżej po godzinach. Reszta to wątki poboczne.

A Nike? Była pani bardzo poruszona, odbierając nagrodę.

– Już nie pamiętam. Zapomniałam tę statuetkę wziąć, ktoś ją ma. Byłam dość przerażona tym, co się stało. To dziś nieważne. Gdybym się upajała sukcesami, nagrodami, to by mnie tu dzisiaj nie było.

A co jest ważne?

– Mój instynkt, upór zajęcia się tym, co mi sprawia największą przyjemność. Wiadomo, tak mówią grafomani, ale pisanie rzadko jest samą euforią – często jest fizycznym bólem, gdy pracuje się wiele godzin w skupieniu, niemal odrętwieniu. Bywa najgorszego sortu cierpieniem, czymś, co się nie daje opisać. Gdy przychodzi blokada, impas, myśl, że… ten talent ma datę ważności. Dziesięć lat, powiedzmy, i koniec!

Pisze pani, i rośnie liczba kubków z resztami zimnej herbaty na stole, ogryzków z jabłek?

– Ogryzki, niestety, mnie otaczają, ogromnieją. Ostatnio zaczęłam jeść płatki z jabłek. Albo zostawiać tylko ogonki (śmiech). Nie mam żadnych skomplikowanych rytuałów związanych z pisaniem. Jem czekoladę i gryzę paznokcie. I uprawiam dużo sportu. Kiedy się wychowuje małe dziecko, pisać jest stosunkowo łatwo. Gdy ono zaczyna stawać obok i mówić bez przerwy, wtedy zaczynają się problemy.

Pani pisze jakby przeciw całej literackiej konwencji, która zajmuje się „umajaniem” świata, nadawaniem mu pięknej formy. Mówi nam przekornie: „Koniec z tym, ja wam pokażę, jakie paskudne jest życie naprawdę”.

Dla mnie ta nowa powieść jest o tęsknocie za bliskością. O niemożności zbliżenia się do tych, których pragniemy, i o tym jak sami bez litości odtrącamy tych, którzy chcieliby zbliżyć się do nas. Bo są nie dość piękni albo młodzi, albo wystarczająco interesujący…

– Farah chce, żeby Joanne była jej przyjaciółką, ale nic w tym celu nie robi. Tylko chce! Wciska w kółko ten przycisk „Daj”, „Mam” czy „Lubię to!”. Nie dostaje i jest zła. Ale nie wkłada w tę przyjaźń żadnej pracy, jej pragnienie jest konsumpcyjnej natury.

Kobiecą przyjaźń w ogóle pokazuje pani dość karykaturalnie, choć zabawnie, podobnie jak w tzw. prasie kobiecej. Te wyprawy do sklepów, piski, śmiechy, paplanie! Koniec wypowiadanego przez jedną z dziewczyn zdania pociąga w odpowiedzi następne, ale powiązanie jest pozorne, nie ma sensu.

– W ich rozmowach jest pełno nic nie znaczących drobiazgów, przekrzykiwania się, nie ma komunikacji. To tylko wydawanie dźwięków. Diagnoza może okrutna, ale prawdziwa.

Już nie chowa się pani w kapturze, postrzępione rękawy to przeszłość. Siedzi przede mną szykowna, świetnie umalowana, ostrzyżona i ubrana młoda kobieta, z uśmiechem jak milion dolarów! Wydoroślała pani.

– Tyle lat byłam takim oryginałem, dziwadłem! Już mi się zwyczajnie nie chce. Zmieniłam się. Kto tego z czasem nie robi, może upatruje w tym jakiegoś aktu wolności. Ale to nie wolność, to kłopoty. Bycie dziwadłem jest agresją w stosunku do otoczenia.

Za niespełna rok skończy pani 30 lat. To jakaś cezura, ważny punkt w życiu?

– Nie wiem, znajome 30-tki mówią, że tak. Że to się czuje i od tej chwili człowiek nieuchronnie już zmierza w stronę grobu… (śmiech). Ostatnie pytanie, proszę.

Będzie o seksie. Nie ma pani problemu z pisaniem o tym, ale dlaczego jest on tak naturalistyczny, obrany z urody? Prędzej opisze pani włosy łonowe na podłodze, niż miłość, piękno samego przeżycia albo ciała?

– Dlaczego?! (śmiech) A jak by to się miało do całości? Skoro jestem pisarką nihilistyczną – dlaczego seks w moich książkach miałby być inny?! Staram się opisać go tak jak wszystko: nie ulegając kliszom i konwencjom.

Sukces nie był więc dla pani szczęściem. Stąd refren w „Pawiu…”: „Hej, ludzie, odłóżcie już te noże, wypuście z ręki stolec, ona nie napisała więcej żadnej książki, to był film, co od samego początku się kończył…”? Na końcu oni i tak atakują.

– Po pierwszej fali zachwytu przyszła druga fala: nienawiści. Z wielkim impetem i siłą. Krytyka, wyzwiska… to boli, zaczynasz się bronić, a to z kolei wywołuje opór i odwet. Rzecz bardzo ciężka do zniesienia, zwłaszcza gdy spotyka osobę wrażliwą. Jestem dumna, że żyję. Wykaraskałam się.

Była pani bardzo młoda, sama, w obcym środowisku. Co pomogło, co panią uratowało?

– Co mnie uratowało… (długa chwila milczenia). Malinka. Urodzenie dziecka. Wiadomość z ostatniej chwili: wychodzę dziś z łazienki, a na klamce przyczepiona jest karteczka: „Dorota twoja ksiąrzka jest super! Stefan”.
To od mojej córki.

Rozmawiała: Aldona Wiśniewska
[wywiad dla „Twojego Stylu”, ukazał się w TS 11/12. Tu – wersja autorska; w linku – redakcyjna]

http://www.styl.pl/magazyn/wywiady/news-okropne-dziecko-szczescia,nId,687219

Jako ilustracja posłużył fragment okładki książki Doroty Masłowskiej pt: „Kochanie, zabiłam nasze koty” [Wydawnictwo Noir Sur Blanc, 2012].

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *