Magdalena Grzebałkowska

Spakowana na ucieczkę

  • 21 maja 2015
  • 8 komentarzy

Kobieta ubrała się na „Gustloffa” tak (był ostatnią nadzieją na ewakuację z wojennego Gdańska, do którego nadciągała Armia Czerwona, i dziesięć tysięcy niemieckich cywilów szykowało się, by wejść na pokład): kalesony męża, na nie spodnie męża, własna sukienka, na sukienkę – męski płaszcz…

1945_002

„Gustloff” został zaatakowany przez podwodny okręt radziecki i poszedł na dno, a z nim większość cywilnych pasażerów, w tym kobiety i dzieci. Bohaterka Magdaleny Grzebałkowskiej znalazła się wśród 1200 uratowanych, więc mogła jej o ostatnim rejsie „Gustloffa” opowiedzieć. Grzebałkowska mówi, że od zawsze identyfikuje się z uciekinierami. W jej rodzinie zwsze ktoś skądś uciekał: a to z Kresów, a to z Warszawy po powstaniu. Jako dziecko bawiła się w uciekinierkę: wyznaczała kawałek miejsca, tyle, ile na podłodze zajmuje zwykły ręcznik, i układała na nim rzeczy, „najważniejsze na ucieczkę”. No bo gdyby tak przyszło nam nagle uciekać – to najważniejsze jest, właściwie, co?

1945_022

Magdalena Grzebałkowska i jej najnowsza książka. Faktyczny Dom Kultury, 13.05.2015

Ludzie nigdy nie są na to przygotowani, dlatego często w relacjach powtarza się, że w ostatniej chwili chwycili w rękę dosłownie byle co: wazonik, książkę, zabawkę dziecka, bo co jest tak ważnego, żeby koniecznie trzeba było to ze sobą zabrać w chwili, gdy traci się wszystko?

Mariusz Szczygieł, prowadzący spotkanie z autorką książki „1945. Wojna i pokój” w Faktycznym Domu Kultury twierdzi, że on też się tak bawił, gdy był mały, ale jego powierzchnia ucieczkowa była większa: obejmowała całą wersalkę.

– Teraz już się w to nie bawię, bo jestem po psychoterapii – zażartował.
Grzebałkowska mówi, że ona w sumie wciąż się w to bawi.

1945_021

Mariusz Szczygieł i Magdalena Grzebałkowska. Spotkanie autorskie w FDK.

Czy wiecie, co na pytanie o najważniejszą rzecz, jaką zabrali, tracąc wszystko (albo jaką by zabrali, gdyby mogli) odpowiedzieli jej bohaterowie? ALBUM Z RODZINNYMI ZDJĘCIAMI. Dom, może będzie się jakiś jeszcze miało. Pieniądze, może się jeszcze kiedyś jakieś zarobi. Ale ta jedna rzecz jest nie do odtworzenia. Gdybyście zatem przygotowywali sobie kiedyś, przezornie, jakiś mały „plecak na ucieczkę” – po pierwsze, włóżcie do niego album z rodzinnymi zdjęciami. Żaden tam plik na pendrajwie! – mówi autorka.

Po albumie, najważniejsza jest PIERZYNA. Albo chociaż duża poduszka z pierza. Namiastka gniazda, pozwala dzieci okryć i ogrzać, schować się w kąt, odpocząć, jest „na ucieczce” okruchem domu. I jeszcze KOZĘ żeliwną warto ze sobą mieć, przekonali się o tym uciekinierzy zza Buga, którzy tygodniami podróżowali do Polski w bydlęcych wagonach, tygodniami koczowali na placach przy torach kolejowych. Żeliwny piecyk w takich warunkach to zbawienie! Ale też kłopot, bo gdy jedna rodzina taki ma, zaczynają się do niej pielgrzymki… no i czyż można odmówić podgrzania mleka dla dziecka, wody dla starca, z pierwszego, piątego, trzydziestego wagonu?

Kolejna książka o wojnie?…

„Gustloffie” napisał już Stefan Chwin w „Hannemannie”. O tym, co jest najważniejsze do zabrania, gdy wiozą w nieznane, napisał już Marek Miller (w książce „Arystokracja” grupkę polskich arystokratów wygarniają z pałacu w Nieborowie Rosjanie („Dawaj czasy!” – niosło się po całym domu”) i wywożą na Wschód. Młody sołdat życzliwie zdradza Izabelli Radziwiłłowej i Annie Branickiej, co koniecznie muszą zabrać ze sobą… i rzeczywiście, ta rzecz im potem życie ratuje). O Powstaniu Warszawskim napisano tomy. Warto pisać kolejne książki na znane tematy? Warto. Reportaże kolejne? Bardzo warto.

To nie jest kolejna książka o wojnie. To zrealizowany po reportersku portret jednego, szczególnego momentu w historii: roku zakończenia wojny, który wcale tak od razu nie przyniósł szczęścia i wolności. Wielki temat. Można się pod nim ugiąć! Magdalena Grzebałkowska mówi, że pomogła jej bardzo w pisaniu rada Wojciecha Tochmana: „Nie patrz na to jak na całość, musisz po prostu napisać 11-13 reportaży”. Każdy na inny temat, połączony wspólnym mianownikiem.

Grzebałkowska napisała książkę, która przechowała w sobie woń przeszłości… i to zauważyli wszyscy, którzy ją czytali. Jest w niej zapach Warszawy z roku 1945. 17-go stycznia martwa, opustoszała stolica została „wyzwolona” przez Armię Czerwoną, a 18 stycznia zaczęli do niej wracać mieszkańcy. Miasto było ruiną, trzymał mróz, ulice były zasypane śniegiem. Na trotuarach leżeli ludzie, przyprószeni śniegiem, w rozmaitych pozach, jakby spali. Mnóstwo zamarzniętych trupów. Nikt się nimi specjalnie nie zajmował, w mieście bez wody, prądu, gazu i kanalizacji trzeba było znaleźć sobie jakieś pierwsze miejsce na nocleg, a potem na życie. Ale już w lutym 1945 r., niestety, zrobiło się cieplej. Trupy rozmarzły i straszliwie śmierdziały. Zaczęto pospieszne ekshumacje z konieczności, bo nie dawało się wytrzymać. Ludzie pracowali przy ekshumacjach i odbudowie, mieszkali w gruzach, nie mieli się gdzie umyć – miasto przeraźliwie cuchnęło. O dzikim życiu w zawalonym mieście Grzebałkowska napisała chyba jako pierwsza. I teraz powtarza: – Trzeba pytać starych ludzi, prosić o wspomnienia, nagrywać! Bo niedługo nie będzie już kogo.

1945_023

Magdalena Grzebałkowska podpisuje swoją najnowszą książkę: „1945. Wojna i pokój”. FDK, 13.05.15

1945_024 1945_025

Czytałam obszerne fragmenty jej książki, drukowane w Gazecie Wyborczej, i nie mogłam się doczekać swojego egzemplarza! Zamówiony przez internet, przyszedł dzisiaj – prawie tydzień po spotkaniu w FDK. Nie wiedziałam, gdzie dokładnie autorka była, z jakimi ludźmi rozmawiała… ale to, co pisała o powojennym Wrocławiu, bardzo pasowało do wspomnień mojej mamy.

Zapytałam Grzebałkowską, czy wie coś może o roku 1945 w moim rodzinnym Słupsku? Niestety. Ale to nic, bo jej książka jest jakby cała o powojennym Słupsku…

„Odzyskanie” Stolp in Pommern

„Słup na Pomorzu”, dzisiejszy Słupsk, nie był oczywiście pradawnie polskim miastem. Nie pomogło powtarzanie przez dziesięciolecia, że „tu pod tą gruszką sypiał Kościuszko” (a dokładniej, że pod średniowieczną bramą miejską swego czasu Jagiełło z rycerstwem ciągnął pod Grunwald, zaś książę pomorski Bogusław to Słowianin, w zasadzie, prawy Polak był). Akurat. Znacznie bliższą przeszłością wschodniopuskiego, pomorskiego miasta byli „huzarzy śmierci”, szwadrony konnicy im. Bluechnera, to oni ciągnęli w szyku w doroczne święta, co i „w realu”, i na obrazie lokalnego malarza, Ottona Priebe, obecnym w wielu domach, widziało każde niemieckie dziecko.

Na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdy przyjechali nowi mieszkańcy, wszędzie działy się rzeczy podobne. Pamiętam rozmowę z przyjaciółmi, nieco starszymi ode mnie: jeden pochodził z Niska, drugi po wojnie znalazł się w Zakopanem, trzeci we Wrocławiu. Okazało się, że w ich wspomnieniach powtarza się jedno: żołnierze radzieccy weszli i „zdobyli” miasta bez wystrzału (w Słupsku niemiecki burmistrz ponoć wyniósł symboliczne klucze do miasta na poduszce i wręczył je zwycięzcom). A potem zaczęła się hulanka i chlanie na umór! Wypijanie spirytusu i formaliny ze szkolnych preparatów, kradzieże, strzelanie na oślep, na wiwat i podpalanie domów – to zapamiętali też wszyscy. Na koniec świętowania na ulicach i placach leżały trupy radzieckich żołnierzy, którzy po pijaku postrzelali się między sobą. Wszyscy trafili na specjalnie dla nich tworzone cmentarze dla „przyjaciół, co przelewali krew za wolność waszą i naszą”. O tym wszystkim do roku 1989 nie można było otwarcie pisać ani mówić, w domach się tego nie wspominało, a już na pewno nie przy dzieciach – więc myśmy naprawdę niewiele o tych sprawach wiedzieli. Jako już podrośnięta, ale wciąż nie dość mądra panienka, wyobrażałam sobie, że Ziemie Odzyskane, to dla pierwszych osadników było eldorado. I kiedyś zapytałam o to mamę. Że przecież to musiało być niesamowicie fajne: tak przyjechać, w zupełnie nowe miejsce, żeby zacząć zupełnie nowe życie… po tej strasznej wojnie. Po biedzie i głodzie. Wylądować w miejscu, gdzie wszystkiego jest w bród, gdzie można sobie wybrać i „wziąć” dom albo mieszkanie, pełen mebli, kryształów, antyków, a to wszystko za darmo i dla wszystkich! Mama tylko tak dziwnie, przeciągle na mnie popatrzyła i powiedziała tylko jedno słowo: – Dziecko…

Było w tym wszystko. Jej politowanie, wyrozumiałość dla bezbrzeżnego mojego braku pojęcia, w jakim horrorze kiedyś się znalazła – delikatna, prosta, 21-letnia, romantycznie nastawiona do ludzi i życia dziewczyna.

Na cześć pani Huberowej

Moi rodzice przyjechali na Pomorze mniej więcej rok po wojnie. Mama, w czasie wojny łączniczka AK, pseudonim „Brzoza” (o tym nie wolno było mówić i nie mówiło się jeszcze w latach 60.), spod Krakowa. Ojciec z Inowrocławia, po pracy u niemieckiego bauera (w kartce pocztowej z 1942 r., ozdobionej znaczkiem z głową Hitlera i sentencją „Wódz niech troszczy się tylko o walkę, zwycięstwo i przyszłość, my weźmy na siebie resztę trosk” pisał do rodziny po polsku, że pierwszy dzień urlopu, aby przyjechać na święta, dostanie… po dwóch latach pracy). Zachowały się narzeczeńskie listy rodziców, pisane w 1946 i 1947 roku – niestety, wyłącznie o sprawach prywatnych, nie ma tam żadnych opowieści o dawnym Stolp in Pommern, żadnych ciekawych detali. Jak w wielu innych miejscowościach, mama dostała przydział kwaterunkowy i przez jakiś czas mieszkała z dwiema starszymi Niemkami, które czekały na możliwość ewakuacji – w ich mieszkaniu. W tym samym mieszkaniu, wśród poniemieckich mebli, za drzwiami z wąską szparą na listy z napisem „Briefe”, za wycieraczką z napisem „Bitte”, wychowałam się ja i moi dwaj starsi bracia. Przyjaciółka z Ustki (przed wojną: Stolpmuende), Ewka, też miała podobną opowieść: jej dziadkowie dzielili dom z niemiecką właścicielką, na tyle długo, że zdążyła przyszłemu ojcu Ewy uszyć garniturek do pierszej komunii. O ich wspólnym bytowaniu Ewa Kujawska napisała książkę: „Dom Małgorzaty”.

Na spotkanie w DFK z „1945. Wojna i pokój”, bezwiednie, ubrałam się… „powojennie”: czarna sukienka w drobny biały wzorek, czarne rajstopy, czarne sznurowane buciki i „obszarpany” (Sarah Pacini!) kusy sweterek khaki. Spojrzałam w lustro przed wyjściem i zdałam sobie sprawę, że… wyglądam jak „stara Huberowa”. „Wariatka”, „czarownica”, jak mówiły o niej dzieci z podwórka! Stara Huberowa, pani Huberowa, to była sąsiadka, mieszkająca piętro wyżej, w naszej poniemieckiej kamienicy w Słupsku, przy dawnej Probststrasse, czyli Proboszczowskiej, po wojnie Niemcewicza. Była postrachem co młodszych dzieci z podwórka, ja w każdym razie przemykałam się pod ścianami, żeby jej nie spotkać, żeby do mnie nie zagadała. Stara Huberowa chyba lubiła dzieci, bo zagadywała do nas niemal zawsze, kłopot był tylko w tym, że nie umieliśmy jej nigdy nic sensownego odpowiedzieć. A kiedy nie było nikogo, do kogo mogłaby zagadać, szła przez ścieżkę do ogródków i brukowane w kocie łby podwórko, kręcąc głową, jakby się z kimś spierała, i mówiąc do siebie. Miała długie, siwe, potargane, niedbale spięte z tyłu włosy, ogorzałą twarz w zmarszczkach i chodziła zwykle w czarnej sukience w drobne, „wojenne” białe kropki, ciężkim krokiem – bo na nogach zawsze miała za duże, męskie gumowce, które przed wejściem do klatki tradycyjnie oskrobywała z błota na zaczepionym przy bramie specjalnie w tym celu kawałku stali.

Bo nasze mieszkania miały jeszcze za domem przydziałowe ogródki – i chodziło się do nich czarną, ziemną ścieżką między ogrodzeniami, więc buty przed powrotem do domu trzeba było czyścić. Pani Huberowa miała ogródek inny niż wszyscy: zamiast drzew owocowych, porzeczek, piwonii i trawnika, hodowała indyki i perliczki. Ohydne ptaki o brzydkich, pomarszczonych i czerwonych szyjach, grzebiące bez przerwy w czarnej ziemi, na której nie zostało już nawet źdźbło żywej trawy, drące się skrzypliwie, nieładnie pachnące, z czarnymi piórami w drobny rzucik. W jakiś sposób dziwnie podobne do swojej właścicielki.

Jeden jedyny raz, już nie było wyjścia, jeśli nie chciało się być straszliwie niegrzeczną, dałam się starej Huberowej zaprosić do domu. I dobrze się stało… bo zły czar prysł. Weszłam do mieszkania bliźniaczo podobnego do naszego: z identycznym rozkładem kuchni, łazienki i pokoi, z podobnymi kompletami mebli „po Niemcach”. W tzw. dużym pokoju, zupełnie jak u nas, stał kredens, stół i zegar, oraz ciemny, przysadzisty „pomocnik od bufetu”. A na nim coś niezwykłego: wielka misa pełna łakoci, owoców i, co zaskoczyło mnie najbardziej – tkwiły w niej też ugotowane, czerwone, małe raki. Pani Huberowa zaprosiła mnie, żebym coś sobie z niej wybrała. Pamiętam tę misę jak objawienie małemu dziecku cudów Sezamu J Wzięłam cukierek i, oczywiście, czerwonego raka, choć zupełnie nie wiedziałam, co z nim zrobić. Podziękowałam. Uff, można było już wyjść. Raka zjadł brat, starszy o 8 lat, wiedział skądś, jak się do niego zabrać. Mnie został czekoladowy cukierek i przekonanie, że „ta stara wariatka Huberowa” wcale nie jest taka straszna. Za skarbami Sezamu, na pomocniku stało zdjęcie w ramce: młody mężczyzna w mundurze lotnika, powiedziała, że zginął w czasie wojny. Syn. To jego mi chciała pokazać, może po to, żeby ktoś jeszcze oprócz niej go zapamiętał?

Nasza kamienica

Nasz dom, zbudowany zaledwie 6 lat przed wojną, zamieszkany po niej w całości przez ludzi przyjezdnych zewsząd, miał swój towarzyski urok. Pod nami, też w bliźniaczym mieszkaniu, mieszkali państwo Ruszczyńscy. Stara pani Ruszczyńska, z którą przyjaźniła się mama, mówiła z cudownym, kresowym zaśpiewem. Jej mężowi, panu Ruszczyńskiemu – dwuletnia, na rękach mamy, z dumą pokazywałam nowe czerwone butki. Wiecznie w tym domu było pełno: nigdy nie mogłam się doliczyć domowników, kuzynów, synowych, dzieci, wnuków, gości… strasznie im zazdrościłam tego barwnego życia, u nas pod tym względem było nudno. W kuchni u państwa Ruszczyńskich, gdzie oczywiście był biały kaflowy piec na węgiel, jak u nas, i biały kuchenny kredens, jak u nas, były dwa skarby, których myśmy nie mieli: pojemniki z porcelitu, z niemieckimi napisami, na których wieczkach siedziały jak żywe – na jednym śledź, na drugim parówka… bardzo mnie to zachwycało. W tej kuchni kiedyś cała rodzina wspólnie szatkowała kapustę do wielkiej beczki na zimę i jakiś czas później pani Ruszczyńska poczęstowała mnie miseczką ukiszonej, domowej kapusty: tkwiły w niej żółte, aromatyczne ćwiartki kiszonych jabłek, i to był smak najlepszy z najlepszych na świecie… pamiętam go do dzisiaj. W domu tych sąsiadów dzieciaki zawsze mogły zaczekać, aż rodzice wrócą z pracy albo przed „wyleceniem na podwórko” dostać w garść pajdę chleba, zwilżonego wodą lub posmarowanego masłem i posypanego grubo cukrem…

Ładnych kilka lat jeszcze pani Halinka, synowa starej pani Ruszczyńskiej, kiedy pukałam do nich, wracając ze szkoły, wręczała mi klucz (przedwojenny, poniemiecki, solidny kawałek żelaza) od łazienki… żebym mogła sobie drzwi do domu otworzyć: – Co, Dosiu, znowu klucza zapomniałaś?!

* * *

Takie wspomnienia uruchomiło we mnie spotkanie autorskie Magdaleny Grzebałkowskiej – która jest świetną reporterką, osobą o żywym, bystrym umyśle i wielkim poczuciu humoru. Spotkanie stale przerywane salwami śmiechu słuchaczy!

Reporterzy to w ogóle, bardzo często, jest taka właśnie rasa. Przynajmniej ja takich miałam okazję spotkać, takimi się zachwycałam. Jak Marta Wesołowska, Grzegorz Nawrocki (reporter Itd, znany już dzięki reportażowi „Szpan”, gdy był na spotkaniu z czytelnikami w Słupsku, a ja miałam 16 lat. Rok później opublikowałam swój pierwszy „prawdziwy” reportaż), jak Ryszard Kapuściński, Hanna Krall, Małgorzata Szejnert, Marek Miller.

Warto chodzić na takie spotkania, bo zawsze otrzymacie „wartość dodaną”, mnóstwo ciekawych rzeczy, których nie ma w książkach!
Autorka z pewnością zbierze za swoją zasłużone nagrody.

Jest jeden skutek uboczny, którego nie przewidziała i którego wcale nie chciała: jej 8-letnia córka, która była na spotkaniu promującym „1945. Wojna i pokój” w Gdańsku (Grzebałkowska mieszka w Trójmieście), też zaczęła się bawić w „pakowanie na ucieczkę”.

Nie mogłam napisać recenzji. Dziś dopiero odebrałam na poczcie książkę. Która, jestem tego pewna, nawet jeśli nie wprost – jest cała o moim Słupsku.

* * *

A teraz mały konkurs: kto z Was wie, co zabrali ze sobą na zesłanie polscy arystokraci w książce Marka Millera? Co okazało się najważniejsze, nie do przecenienia? Kto odpowie – dostanie nagrodę-niespodziankę :)

Magdalena Grzebałkowska, „1945. Wojna i pokój” Wydawnictwo Agora 2015
Spotkanie autorskie w Faktycznym Domu Kultury

Zjęcia ze spotkania autorskiego: Aldona Wiśniewska
Zdjęcia archiwalne: zasoby internetowe; m.in. mz-buerrgerreporter.de
Portret autorki: Renata Dąbrowska, Agencja Gazeta [materiały prasowe]

8 komentarzy

  • Gosia napisał(a):

    Niestety nie czytałam „Arystokratów”. Nie odpowiem więc na pytanie.

    Twój artykuł przeczytałam kilkakrotnie. Nie znam tamtych czasów. W opowieściach nie otrzymałam nawet zarysów tamtych czasów, prócz tego, że babcia od strony mamy uciekała spod warszawy, początkowo do Łodzi, gdzie pracowała w fabryce tkanin, potem do Grójca, gdzie dotąd mieszka moja rodzina, na koniec do Gubina, gdzie założyła rodzinę, urodziła dzieci – również moją mamę.
    Tutaj, w Wielkopolsce, dziadek mój, od strony taty, pracował u Niemca.
    I tyle.
    Jestem uboga w fakty, które w tym artykule przeszywają.
    Aż nie sposób napisać coś mądrego. Jestem pod wielkim wrażeniem, niemal czuję smród Warszawy – jakoś zapachy szybciej sobie wyobrażam…
    Tę książkę na pewno muszę przeczytać. Po „Stacji Muranów” od Radia Trójka, ta będzie kolejną.

    Dziękuję za wspaniałą, wzruszającą podróż do dawnego Słupska. Nie byłam tam nigdy ale myślę, że takie historie mogły się wydarzyć w każdej starej kamienicy…

    • Aldona Wiśniewska napisał(a):

      Dzięki za komentarz – jednak był, nie zginął wśród spamu :) No dobrze że nie czytałaś! Nie możesz wszystkich konkursów wygrywać!! :)

  • bzapiski napisał(a):

    no i nadszedł czas, żeby spisywać co prędzej nie tylko wspomnienia naszych rodziców, ale i nasze…
    Tata mój nie chciał opowiadać – tylko raz przy butelczynie wysypał zdjęcia z portfela. Staś pytał, a ja szybko zdjęcia podpisywałam.
    Doskonałe i nie tylko zainspirowane, ale i inspirujące to Twoje pisanie.

  • Ewa L. napisał(a):

    Szalenie ciekawe, co opisalas. Takie historie mnie pasjonuja. Pamietam jak
    w 1960 roku – mialam wtedy 16 lat, znalazlam sie z kolezanka w jednym z miasteczek Dolnego Slaska , w Swidnicy. Kolo cmentarza staly dwie starsze panie. Zapytalysmy je o droge i ze zdziwieniem stwierdzilysmy, ze nie mowia ano slowa po polsku, tylko po niemiecku. Ile takich starszych Niemcow zylo jeszcze 15 lat po wojnie na „wiecznie piastowskich ziemiach” bo nie zostaly na czas wysiedlone, a potem juz nie wypuszczali? Ile z nich nie nauczylo sie juz Polskiego marzac o wyjezdzie?
    Moja przyjaciolka urodzila sie w 1945 w drodze spod pewnie Slupska na Zachod.
    Od niej skolei wiem jak ukladaly sie losy tych Niemcow, ktorzy w ta straszna zime 1945 wyjechali… Pasjonujace historie i wspaniale ze znowu ktos dorzucil cegielke. Musze sobie ta ksiazke sprowadzic. Dziekuje i za Twoja opowiesc, Aldono.

    • Aldona Wiśniewska napisał(a):

      O, PRAWDZIWY komentarz! Dziękuję bardzo :) Zawsze (ZAWSZE) się strasznie cieszę z prawdziwej rozmowy z prawdziwym Czytelnikiem – nie masz pojęcia, Ewo, jaka to ulga po wywalaniu niekończących się chińskich ofert handlowych, czyli spamu… ;) Książka Magdaleny Grzebałkowskiej jest świetna. Jeśli będziesz ją ściągać z Polski – polecam Nieprzeczytane.pl , tam jest chyba najtaniej. Czy rodzice twojej przyjaciółki mieszkali przed wojną w Stolp in Pommern? Chętnie bym ich poznała…

  • Ola napisał(a):

    Pisz, Dosiu, pisz!! Nie czytałam „Arystokratów”.. Jeszcze… A Twoje wspomnienia poruszyły strunę w duszy, której tak dawno nie miałam czasu poczuć… Jakże zazdrościłam Wam , tym z Niemcewicza, mieszkania w starych kamienicach, z wyjściami na tajemnicze podwórka.. Chodziłam czasem do piekarni po „amerykany” albo do Agnieszki, koleżanki z klasy i wtedy zaglądałam z ciekawością, jeśli otwarte były „podwórkowe” wyjścia.. Czasem (rzadko, za rzadko, niestety)mogłam pobawić się w moim Tajemniczym Ogrodzie – zapuszczonym sadzie po drugiej stronie ulicy. Ale nikt nie opowiadał mi, co było tam wcześniej.. My z bloków nie mieliśmy kontaktu z dawnymi mieszkańcami..

    • Aldona Wiśniewska napisał(a):

      Nie wiedziałam. Szkoda, że nie zapytałaś, wszystko bym ci opowiedziała i pokazała od razu… :) Obok bloków przy Morcinka było przedwojenne, rozległe gospodarstwo ogrodnicze – czasem kupowałyśmy tam z mamą ziemię do kwiatów. Dziś jest parking i supermarket BOMI. Pomiędzy naszymi kamienicami była wielka willa właściciela krochmalni (chyba), z ogrodem i z sadem… to wszystko rozparcelował po wojnie na mieszkania kwaterunek, ogród i sad stopniowo, bardzo długo, niszczały. Aż zupełnie podpupadły zupełnie, żal patrzeć :(

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *