Nie jestem celebrytką!

  • 23 września 2013
  • 4 komentarze

Pani Katarzyno… na pisarzy liczy się, że powiedzą nam, jak żyć. Jak zatem żyć w lat Trzeciej Ćwiartce?

Zwyczajnie. Jak mówią niektórzy: wdech, wydech. Nie przejmując się wiekiem. Ja zrobiłam też bardzo niezwykłe odkrycie po latach: nie muszę być kochana przez wszystkich. Bardzo się o to starałam przez pierwsze 25 lat życia. Potem dorosłam, ale wciąż uważałam, że do świata trzeba się naginać. Żeby było miło i bezpiecznie. Wyzwalam się z tego przekonania do dzisiaj! W wyniku bardzo wytężonej pracy nad sobą (śmiech). Jest niezwykłym doznaniem móc patrzeć na świat i widzieć, że jest dobry, życzliwy, że tak samo kwitną kwiaty, czy ja staram się dopasować do otoczenia, czy nie. Nie mam nadmiernych oczekiwań. Nie zakładam, że pan, który przyjdzie naprawić pralkę, zakocha się we mnie. Wystarczy, że dobrze naprawi. Ale jak ją spieprzy – to ma mi to zepsuć dzień? Świat jest taki, jakim go widzimy. Widziała pani te cudowne kolory, jadąc do mnie?

Hmm, jak dla mnie, szaro jest i jesiennie… A pani zamyka na to oczy i widzi tylko piękno?

Zdecydowanie wybieram piękną stronę życia! Przywiązywanie wagi wyłącznie do rzeczy złych sprawia, że one stają się bardziej rzeczywiste i jest ich więcej. Nie udaję, że we Wszchświecie rzeczy szpetnych nie ma, ale będę walczyć o te piękne. Zakładam stronę internetową z Kroniką Dobrych Zdarzeń. Zebrałam już około 30 historii. Nie mogę wstawać rano i słuchać o zakatowanym dziecku, o kryzysie… złe wieści są nam podsuwane, ale kto powiedział, że najważniejsze? Mnie jest potrzebna wiadomość dobra. Naprawdę nie wiemy, jak wiele mamy, dopóki nie spotka nas coś złego…

Ma pani za sobą dwa rozwody, chorobę nowotworową, zdiagnozowaną jako śmiertelna. I mimo to jest pani tak pogodna? Nigdy się pani nie poddaje?

Czasami… trzeba się poddać. Zgoda na stratę, odpuszczenie – to też zwycięstwo. Bo jeżeli będziemy się kurczowo trzymali poczucia straty, cokolwiek to jest – przegrana na giełdzie, utrata mieszkania, pracy, ukochanego, dziecka… będzie jeszcze gorzej. Kiedyś, gdy byłam na dnie rozpaczy – nie było pieniędzy, domu, pracy, mąż miał kochankę, moje trzy psy były głodne, miałam trzy złote i było minus 22 stopnie, więc zamarzła studnia i w domu padło ogrzewanie, córki ze mną nie było a samochód nie działał, znalazłam się na krawędzi samobójstwa… Jeden z najgorszych dni w życiu. Coś przekładałam. Wypadła i otworzyła się książka. Przeczytałam: „A teraz usiądź i zapisz 10 dobrych rzeczy, jakie cię spotkały”. Tylko prychnęłam! A potem sięgnęłam po kartkę. Nie było tak źle… Miałam do kogo zadzwonić. Psy i koty wróciły na noc, wiedziałam, że nie zamarzną na dworze. Miałam wodę w czajniku i mogłam ugotować herbatę. Było trochę kaszy, masła i kostka rosołowa, mogłam zrobić coś do jedzenia i podzielić się ze zwierzętami. Byłam zdrowa. Córka poza domem, nie musiała na to wszystko patrzeć. I pomyślałam: jakież to jest mądre! Jest parę dobrych rzeczy, zawsze!

Co było dla pani najcięższym przejściem?

Nie mogę powiedzieć.

Nie rak, tutaj się pani nie poddała.

Bardzo chciałam wyzdrowieć, ale nie miałam żadnych szans! Moje życie to zasługa Pana Boga i lekarzy.

Uznała pani, że to było po coś? Że trzeba coś ze swoim życiem zrobić?

Zawsze wszystko jest „po coś”. Nie wiem, co by to miało być, może nigdy się nie dowiem. Chciałabym myśleć, że ocalałam, bo jestem potrzebna bliskim, muszę jeszcze parę książek napisać… ale tak nie myślę. To nie skromność, dokładnie zdaję sobie sprawę, kim jestem.

Kim jest Katarzyna Grochola?

Pisarką, z czego bardzo się cieszę. Babcią – najfajniejszą na świecie! To są role, które pełnię i nie wiem, która jest ważniejsza. Kobietą… zmęczoną po ciężkim dniu, w swetrze i dżinsach. Ale jak ja świetnie wyglądam w spódnicy, którą sobie właśnie kupiłam! (śmiech). Bywam matką, kobietą zakochaną, czasami bywam też kobietą kochaną… i dobrym przyjacielem. I jestem odpowiedzialna – za to co piszę, mówię, robię.

Jak by pani opisała siebie – trzema zdaniami?

(dłuższa cisza) Inteligentna, dowcipna, ładne nogi. Nie, to jedno zdanie. Nie wiem, kim jestem, ponieważ to jest najtrudniejsze pytanie w życiu. Jestem dokładnie tą samą osobą, która 20 lat temu zamieszkała tutaj w małym, nieogrzewanym domu. Drewniany „domek Judyty”, opisany w powieści „Nigdy w życiu!”, miał wielkość tego pokoju. Różnica jest taka, że dzisiaj już mam pieniądze, więc mi nie wyłączają prądu.

Najukochańsza pani książka to „Mistrz i Małgorzata”. Czy jest jeszcze jakaś, która była ważna?

„Mały Książę”, w dzieciństwie czytany jako piękna bajka, a później głęboka przypowieść filozoficzna. Naprawdę „decyzja oswojenia kogoś niesie z sobą ryzyko łez”. Kim jestem? Małym Księciem jestem.

Zagubionym chłopcem z innej planety? Nie wierzę…

Małym, zagubionym, bardzo mądrym. I z innej planety. Który wie, że róża nie podlewana umrze. Oraz że nie jest jedyna na świecie, ale on jest odpowiedzialny za tę jedną, nie za wszystkie. I że trzeba się rozstać, ale i tak warto kochać.

Ach! Niech pani spojrzy, jak pięknie!

(wyszło słońce i na sufit i ściany padać zaczęły ruchome „zajączki”, przefiltrowane przez kryształowe trofeum stojące na parapecie)

Powiedziała mi pani przez telefon: „Jestem kobietą mądrą”…

Tak mi się wyrwało? (śmiech) Jestem. Jestem kobietą dosyć mądrą. A mimo to bywam nielubiana, atakowana. Najardziej atakowano mnie, kiedy tańczyłam w „Tańcu z Gwiazdami”. „Ty stara k…, bierz hormony, zamiast się popisywać!”. Telewizja pokazywała mnie co tydzień. Byłam lubianą pisarką, a tu nagle – ten program. Po co?

Po co był pani „Taniec z Gwiazdami”?

Zawsze chciałam tańczyć! Ja to lubię. Nauczyłam się tańczyć tango i ładnie to robię jak na swój wiek. Nie widzę powodu, by uginać się pod pręgierzem jakiejś anonimowej publiczności, bo czegoś mi „nie wypada”. Wystartowałam, chociaż miałam chore kolano. Na kręcenie pierwszego odcinka wypisano mnie ze szpitala, na własną prośbę. Janek Kliment, mój partner, siedział przy mnie i powtarzał: „Katka, nie martw się, najwyżej nie będziemy tańczyć!”. Przy czym on tyle pracy w to włożył… i żeby ani razu nie wystąpić? Podpisałam oświadczenie, że tańczę na własną odpowiedzialność. Dostałem tlen przed występem i pomyślałam, a co tam! Umrzeć na parkiecie… (śmiech)

Denerwowałam się strasznie, głównie ze względu na niego. Spędzaliśmy ze mnóstwo czasu: rozmawialiśmy, ćwiczyliśmy. „Jak ty masz 50 lat, to jesteś młoda kobieta!”, mówił. „Uda ci się, tylko musisz ćwiczyć!”. Nauczył mnie znacznie więcej, niż tanga: zaufania. Zawierzenia. Wiary, że mogę się podnieść, nawet gdy uderzę głową o podłogę. Tańczyliśmy w 12-tu odcinkach. Czyli, poza krytyką, spotkałam się też z ogromną sympatią widzów! To nie sędziowie przecież mnie przepuszczali dalej. Bardzo kocham Janka Klimenta. Pół roku tańca z nim na poziomie naprawdę głębokim i ważnym znaczyło dla mnie więcej, niż cztery lata terapii.

Z Wojciechem Eichelbergerem, bardzo znanym terapeutą?

Może… było jej dopełnieniem. Nie chcę dyskontować wieloletniej pracy mojej i Wojtka. Jan mi pokazał, co w moim ciele przeszkadza i tańczyć, i żyć: sztywność. Nieumiejętność oddania się, pozwolenia, aby ktoś mnie prowadził – JA chciałam prowadzić! Nie byłam w stanie skoczyć mu na ręce, bo uważałam, że mnie nie utrzyma. I raptem się okazało, że on ma ręce jak stal. Mimo szczupłej postury, w jakimś sensie jest też wielkim mężczyzną: silnym i radosnym. A tamto pragnienie, żeby kochali mnie wszyscy, uświadamia tylko, jak głęboki brak był we mnie.

Może ten niedosyt miłości brał się z tego, co pokazały treningi: braku odwagi?

Nie każda pisarka ma odwagę, by wystawiać się na taki pręgierz. Zapraszano do „TzG” różne osoby, wiele odmówiło. Bo „nie wypada, będę śmieszny”. Na miłość boską, i co z tego? Myślę, że czasami musiałam być bardzo zabawna. Jak powiedział Wojewódzki, „mózgiem zamiatałam po parkiecie”! Ale przecież to była rozrywka. Chcemy zabawy, a potem nie umiemy się bawić. Już nie jestem sztywna. Stałam się elastyczna. Zawdzięczam to i terapii, i tańcowi.

Od trzeciego odcinka pojawiały się przy nas jakieś dwie panienki z  białą walizą. To Jan, spodziewając się, że odpadniemy, kazał im przychodzić ze swoim pucharem. Kryształowe, półmetrowe niemal trofeum zdobył w międzynarodowym turnieju tańca – za zajęcie piątego miejsca na świecie. Posłał po tę nagrodę do Czech i dał mi ją, w przedostatnim odcinku, gdy odpadliśmy. Z wrażenia upuściłam bukiet!

(oglądamy nagrany fragment XII odcinka, pojawia się walizka. Katarzyna Grochola zaciąga się papierosem, komentuje: „Zachowuję się, jakbym miała 15 lat”. Jan Kliment dziękuje partnerce: „Mówiłaś, że jesteś tu najstarsza, ale jesteś też najtwardsza, najlepsza, po prostu – niesamowita!”)
Zatkało mnie. A ten mnie przytula i całuje… no co ja mogłam chcieć, wygrać, więcej? Nobel by mnie tak nie ucieszył. A teraz ten kryształ stoi tu, na parapecie, i proszę: sieje mi po domu słoneczne zajączki.

Skąd ten Jan się wziął taki mądry?

Stąd, że jest Czechem. A nie Polakiem, nie miał go wcześniej kto zdołować. Czy matki Czeszki są mądrzejsze niż matki Polki? Nie wiem. On wyszedł z domu gdy miał 16 lat, przyciskając przedtem ojca do ściany. I został palaczem w kotłowni. Nauczył się tańczyć dwa lata później.
Po „Tańcu…” ktoś mnie spytał, czy spotkałam się już z ludzką zawiścią? Odpowiedziałam, że nie. Sądziłam, że zawiść nie istnieje. Bo ludzie generalnie są dobrzy! A ja jestem przecież taka fajna! (śmiech). „Jeśli dotąd nie spotkałaś się z ludzką zawiścią, to znaczy, że jeszcze nie jesteś sławna”. To mówiła wielka polska aktorka, a ja myślałam: ależ ona musiała mieć przejścia! No ale jest sławna, ja jestem co najwyżej popularna. A teraz, choć jestem dosyć mądrą kobietą, przyjazną ludziom, spotykam się z  zawiścią. I wtedy się pocieszam: „Oho! Chyba zaczynam być sławna!”.

Warto było się na to narażać?

Jeśli czymś się dzielę, to nie po to, by pokazać, jaka jestem wspaniała, tylko by udowodnić, że coś można. Można nie mieć pieniędzy, a wybudować dom. Można chorować na raka, ale się nie poddać. Można mieć chorą nogę i zatańczyć.

„Taniec…”, jak pani mówi, przyniósł pani troje nowych przyjaciół. Jan jest jednym z nich?

Tak. Druga osoba to Olga Bołądź. Spędziłam z nią niedawno tydzień w Grecji. Wspólnie adoptowałyśmy na Rodos tego pieska, który dziś pogryzł mi pudełko z serialem „Tudorzy”! To oznaczało wizytę u weterynarza za sto euro i masę papierkowej roboty. Przyplątał się, a usłyszałyśmy, że będzie po nim, gdy skończy się sezon, a turyści wyjadą… Olga stanęła na głowie. Załatwiła wszystko. To bardzo dobry człowiek. Trzecim przyjacielem jest Stefano Terazzino. Byłyśmy z Olgą u niego na Sycylii. Gdy założył czapkę z daszkiem, wyglądał jak młody ojciec chrzestny! W miasteczku, gdzie mieszka, byłyśmy nieprawdopodobnie miło witane. Mieszkałyśmy w domu jego matki. Gdyby mi ktoś pięć lat temu powiedział, że zaprzyjaźnię się z ludźmi młodszymi od mojej córki – nie wierzyłabym. Z Olgą byłyśmy razem w Grecji, Janek stale zaprasza mnie do Pragi. Na razie się nie udało, za to bywają z Lenką, jego cudowną dziewczyną, u mnie. Wiem, że mam 55 lat. Zawsze obchodzę urodziny. Ale nie jestem typową pięćdziesięciolatką. Czytam nowe książki, rozwijam się, piszę teraz inaczej. Na Rodos turlałam się z wydmy!

Jezus!!! Kwitną mi na fioletowo marcinki! Hurra!!! (Katarzyna Grochola z daleka wypatrzyła w ogrodzie nowe kwiaty).

Dusza w środku nie siwieje – prawda?

Ona w ogóle nie siwieje. W tajemnicy powiem: ona jest nieśmiertelna… (śmiech). Cóż to dla niej 55 lat?! Dla mnie tak samo. Zmieniłam PC-ta na MacIntosha. Wczoraj sama zgrałam zdjęcia z wakacji do komputera. Ale zaniosę je do zakładu, bo lubię mieć odbitki… W jednym jeszcze jestem staroświecka: każdą nowopostającą książkę drukuję. Dopóki nie będę miała w ręce książki wydanej, maszynopisy – to te sterty pod oknem – będą tam leżały. Wszystkie kolejne redakcje. Nie żal mi papieru, bo… „rękopisy nie płoną”. To jest kawał mojej pracy. Drukuję czasami dwustronnie, czego kiedyś nie robiłam, to mój ukłon w stronę ekologii. Drzewa nie dlatego giną, że pisarze mnożą maszynopisy.

Pracuje pani tutaj, ma pani ulubione miejsce?

Różnie. Laptop stoi na stole obok półek z książkami, ale wczoraj pracowałam siedząc w kucki na kanapie, przy stole kawowym, tyłem do okna – co nigdy mi się nie zdarzało. Piszę najpierw ręcznie, potem robię z tego notatki… Zauważyłam, że gdy używam pióra piszę inaczej i inne rzeczy mi przychodzą do głowy. Pióro w ręce wyciąga je z jakichś nieznanych mi zakamarków! (śmiech).

„Dlaczego chciałam być mężczyzną? Bo jestem pisarką, do licha! Byłam narratorem-psem, teraz zostałam facetem. Bo to jest fajne” 

Niestety, z wiekiem charakter pisma ręcznego zepsuł mi się i dlatego kupiłam sobie… przyrządy do kaligrafii. Mam piękne stalówki, zaczęłam ćwiczyć – i bardzo mi się podoba! Często mnie ludzie proszą o jakąś książkę na aukcję. Pomyślałam, że gdyby napisać bajkę ręcznie i oprawić w płótno, to byłby dobry prezent i rarytas, wart licytacji…

Może pani sobie pozwolić na taki luksus, jak kaligrafowanie ręcznie choćby małej książeczki?

Nie mogę sobie absolutnie pozwolić na luksus oddania się jakiejkolwiek jednej tylko aktywności. Jestem „kobietą pracującą”, choć nigdy nie była to moja ulubiona postać w „Czterdziestolatku”! Przepraszam, zajrzę do kuchni… w tej chwili się tam dusi kurczak w mascarpone, którego nikt za mnie nie zrobi… Kiedy przychodzi ktoś np. grabić liście, idziemy to zrobić razem. Nie przybieram pozy księżniczki, która leży i pachnie. Ja częściej „nie pachnę”, bo jestem zmęczona, zziajana i spocona… (śmiech).

Pisze pani codziennie? Jest jakiś reżim typu „każdego dnia trzy strony”?

Niestety nie, ale uczę się tego, bo książka, nad którą pracuję, wymaga intensywnego reaserchu. Już „Huston, mamy problem” kosztowała mnie bardzo dużo pracy. Szukania informacji, sprawdzania, konsultowania ze znajomymi facetami, czy by tak pomyśleli, postąpili.

Dlaczego tym razem opowiada pani z punktu widzenia mężczyzny?

Bo to jest fajne! Byłam narratorem-psem, teraz zostałam facetem. Przy okazji zobaczyłam z męskiego punktu widzenia, co ich może w nas, kobietach, potwornie wkurzać. Dzwoni przyjaciółka, którą bardzo kocham. Piszę, więc odbieram „jako Jeremiasz”. „Przepraszam, że wczoraj nie dzwoniłam, byłyśmy umówione, czy nasze spotkanie jest aktualne?”. Tak, aktualne, mówię, o której będziesz? „Słuchaj, chciałam ci powiedzieć, że nie mogłam zadzwonić, bo przyszła Elka i wiesz, jej uciekł kot, więc musiałyśmy…”. Chryste Panie! Ja się tylko pytam: o której przyjdziesz? „Ale pozwól mi powiedzieć!”. Błagam – godzina? „Ale dlaczego jesteś obrażona?!”. Nie jestem, jutro przyjdziesz, pogadamy. O której? „Ale ja słyszę, że jesteś na mnie zła…”. Aaaa!!! Ratunku! Jestem, teraz już jestem zła!! I sobie pomyślałam: Boże, przecież ja to samo robię, kiedy rozmawiam z facetem…

Bo kobieta zawsze próbuje nawiązać więź…

Tak, a on chce dostać prostą informację. W celu nawiązania więzi – ale nie teraz, jutro, o 16.00. Dlaczego chciałam być mężczyzną? Bo jestem pisarką, do licha! Czytelnicy widzą we mnie Judytę, bohaterkę „Nigdy w życiu!” i „Ja wam pokażę!”. Napisałam 15 książek. Judyty są tylko cztery. Zostały sfilmowane i zapadły w pamięć. Gdy napisałam „Trzepot skrzydeł”, książkę o przemocy, wydawca był przekonany, że to się źle sprzeda, tak było inne. Sprzedano 200 tysięcy. To nie jest książka lekka, tylko prawdziwa i okrutna, dziś zalecana pacjentkom przez psychologów. Ja się na tym znam. Rozpoznaję kobiety bite. Nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy czytam w sieci komentarze pod zwierzeniami np. Katarzyny Figury. To była kobieta dręczona, wiem to.

W tym przypadku badała pani temat… czy to osobiste doświadczenie?

Nie odpowiem.

Czy kobiety nie przeceniają wartości rozmów z partnerem? Często mamy potrzebę przegadania czegoś do spodu… Oczekujemy, że „on się otworzy”, nasze dusze się dotkną…

Czasami dusze się dotykają, ale to jest rzadkie. A my mamy potrzebę wręcz „zlania się” z drugą osobą taką, że ona ledwie może oddychać. Po co pytać, o czym on myśli? Często wtedy odpowiada, że „o niczym” – i to nie jest kłamstwo… Mężczyzna ma w głowie taką fajną pustą szufladkę, której my nie mamy. To odkrył jakiś amerykański psycholog. Ma tam kompletnie pustą przestrzeń, w której może się ukryć – i nie myśleć. My natomiast nawet gdy odpoczywamy, nie przestajemy martwić się, troszczyć, przerabiać problem, kombinować… Dajmy mu myśleć o niczym. Mężczyzna zupełnie nie potrzebuje roztrząsać, „co właściwie jest między nami”, „dokąd zmierza nasz związek”, jemu wystarczy, że się do niego przytulimy, pokochamy z nim, pogłaszczemy, spędzimy razem chwilę.

Powiedziała pani: „Gdybym była mężczyzną, podrywałabym na prawo i lewo laseczki i nie miała zbytnich wyrzutów sumienia, korzystając z tego, że mężczyznom więcej wolno”.

Tak powiedziałam?! (śmiech) No trudno, potwierdzam… Ale to projekcja, wyraz tęsknoty za tym, czego nie możemy robić. Nie z powodu płci, tylko mały głosik w głowie powtarza „nie wolno”. Co nie znaczy, że nie mogę się zakochać czy że ktoś nie kocha mnie. Jestem wolną kobietą. Ale nie chodzą za mną – i nigdy nie chodziły – tabuny mężczyzn.

Jakiego rodzaju wolności brak Katarzynie Grocholi, że chciałaby być mężczyzną, bo więcej mu wolno?

Mam poczucie absolutnej wolności, ale pewnych rzeczy nie będę robić, bo jestem przyzwoitym człowiekiem. Nie ukradnę, nie zabiję, nie skrzywdzę. Wiem, że wcześniej kogoś skrzywdziłam, jednak nie ze złej woli, tylko dlatego, że się zakochałam w innym.

Zostawiła pani męża, mieliście małe dziecko…

Dziecko wzięłam. Skrzywdziłam mężczyznę, który dziś ma ułożone życie i od 26 lat jest szczęśliwym mężem innej kobiety, więc… to on ma lepiej i bezpieczniej, ja jestem samotna. Mogę czasami pójść z kimś obcym do łóżka, to nie jest zabronione, nikomu się krzywda nie stanie. Tylko po co? Mnie się stanie, bo nie zwykłam chodzić do łóżka z kimkolwiek bez miłości… Jeśli to robię (a robię), to z facetem, który jest dla mnie kimś więcej.

Pani jest z kimś związana, prawda? Nie żyje pani samotnie.

On jest daleko. Dla mnie związek oznacza, że facet siedzi tu teraz obok na kanapie i pyta: „Kiedy skończycie?” (śmiech). Nie ma kogoś, przy kim chciałabym się budzić co rano i nie wiem, czy bym chciała kogoś takiego w domu mieć.

Czy jest pani na takim etapie życia, że partner pod wspólnym dachem tylko by przeszkadzał?

Kochany facet nigdy nie przeszkadza, ani w życiu, ani w domu.

A czy istnieje coś, czego Katarzynie Grocholi zrobić nie wypada?

Nie wypadało mi tańczyć, ludzie tak uważali. Czy jest coś, czego sama chcę, ale mi nie wypada? Chciałabym… bardzo, bardzo… pięknej, białej sukni (śmiech). Byłam dwa razy mężatką, ani razu nie miałam takiej. Uważam, że to z powodu braku sukni oraz wesela oba moje małżeństwa nie miały sensu!

Teraz ma pani minę małej dziewczynki i… myślę, że wpuszcza mnie pani w maliny?

Na mój drugi ślub przyszła połowa zaproszonych gości, ponieważ myśleli, że to żart. Nigdy nie zrobiłam podobnego dowcipu. Dlaczego mnie traktowali jak jajcarę, w tak ważnej sprawie? Też uznali za dziecinne moje marzenie o białej sukni… A ja się do niego przyznaję, w całej jego śmieszności. Można do końca życia wierzyć, że wiara, nadzieja i miłość są najważniejsze, przy czym gdy to mówi Dalajlama, wszyscy chylą głowy, a jeśli Grochola – to się żartuje, że oczekuję faceta na białym koniu i marzę o miłości!

A oczekuje pani?

Nie! Ani faceta, ani konia. Ale wiem, że te trzy rzeczy są w życiu ważne.

Pamięta pani jeszcze komplement Krzysztofa Majchrzaka, ten ulubiony…?

Zaczynał się od „K…a”! „Ja p…, ależ ty jesteś zaj… d…!”. Wychodziłam z windy, on szedł za mną i tak spontanicznie, w niecenzuralny sposób to powiedział. Nigdy nie słyszałam bardziej szczerego zachwytu (śmiech). Bardzo lubię ładnie wyglądać. Jakaś część mnie – ta dziewczynka, która marzy o ślubnej sukni – wierzy wtedy, że zawojuje świat! Cieszę się, kiedy mam sesję fotograficzną. Ale kapitalne też były zdjęcia, na których grałam faceta.

Mogła pani pokazać dwoistość swojej natury?

Tak! Ten męski pierwiastek szalenie mi się podoba… dlatego czasami on mi „wystaje”. Wystawał zdecydowanie, gdy pisałam o młodym filmowcu, bohaterze „Houston…”. Miałam silne poczucie, że świat kobiecy jest idotyczny, niezrozumiały, niepotrzebnie skomplikowany. Zobaczyłam przy okazji tej książki, że mam niezwykle silne tendencje do… obrzynania jaj facetom. Ile razy w życiu powiedziałam: „Daj, ja to zrobię”. „Jak nie potrafisz, wezwij specjalistę”! Kastrujące komunikaty, wypowiadane bezwiednie, jakby poza mną. Choć doskonale dostrzegam, gdy mówią tak moje przyjaciółki. Uwagi jak do małego dziecka. Jest w tym miłość, ale nie ma szacunku. Chcemy, żeby nasz facet płakał na filmie i gdy tego nie robi, to „nie umie nawiązać komunikacji ze swoimi uczuciami”, a gdy się rozpłacze, wpadamy w panikę – bo mamy „ryczącego gówniarza” obok siebie.

Utarło się, że pisze pani powieści łatwe i przyjemne, a to nie cała prawda.

„Opowiadania”, wielokrotnie nagradzane, nie są wcale rozrywkowe. Ani „Trzepot…”, opowieść o przemocy. Czytam sobie teraz zbiorek „Przegryźć dżdżownicę” po angielsku i uczę się języka, bo wszystko rozumiem.

Jakiego języka może się pani jeszcze uczyć dzięki tłumaczeniom swoich książek?

Czternastu w sumie. W Wietnamie jestem popularną pisarką. Żałuję, że jeszcze tam nie byłam na spotkaniu z czytelniczkami! Załatwię to jakoś, wybiorę się wkrótce (śmiech). Magia pisania jest w tym, że książki, które piszemy, nas zmieniają. Grochola potwornie bała się latania. A Jeremiasz, bohater książki, uwielbia latać! Wymyślając bohatera, przejmuję jego cechy… I już się nie boję.

Ścigają panią paparazzi, tabloidy omawiają pani życie prywatne, stała się pani celebrytką… zwierzyną łowną. Towarem, na którym można zarobić.

Jestem pisarką. Stoi za mną moje 15 książek. Nikt nie wisi na moim płocie, w śmieciach nie grzebie. A zresztą… jeśli jakiś biedak musi zarobić, bo ma chore dziecko i sprzeda moje zdjęcie za parę złotych… Nie zaszkodzi mi to.

Jak to możliwe, że w młodości nie miała pani powodzenia? Musiała pani być bardzo ładną dziewczyną?

Patrząc na zdjęcia, myślę, że chyba tak… ale nie czułam się ładna. Wyszłam za mąż po raz pierwszy, bo mi się ktoś oświadczył. Kochałam, ale ważne było też, że on chciał się ze mną ożenić. Od razu powiedział: „W razie czego zawsze możemy się rozwieść”. Dzisiaj bym nie wyszła za kogoś, kto tak mówi.

Za drugim razem powinno było się udać… dlaczego nie wyszło?

(milczenie) Nadużywał tego i owego, a ja wierzyłam, że się przy mnie zmieni. Dlatego po tym związku mogłam prowadzić warsztaty dla żon alkoholików. Wiedziałam, o czym mówię. Wciąż wierzę w ludzi, ale już nie jestem idiotką i nie zamykam oczu na fakty. Drugie małżeństwo trwało trzy lata, ale one były jak trzydzieści.

Zmienił się pani głos, twarz. Już nie rozmawiam z trzpiotką i kokietką, tylko z dojrzałą kobietą po przejściach…

Nie było w moim życiu żadnego doświadczenia, które nie nauczyło mnie czegoś i nie przełożyło się na pisanie. A biała ślubna sukienka i tak leży gdzieś, upakowana w moich marzeniach. Myślę, że dosyć trudno jest wytrzymać w związku z kimś znanym, to spory stres. Nigdy nie powiedziałabym jednak, że już „nigdy w życiu” z nikim się nie zwiążę. Zasługuję na to, żeby być kochaną. Nie odcinam się nawet od małżeństwa!

Muszę panią o to zapytać: mniej więcej rok temu, lotnisko, w tabloidzie 10 zdjęć całującej się pary i podpisy: „Zakochana Grochola”. Co to było? Ostatnia miłość?

Dlaczego „ostatnia”?! (śmiech). Przywitałam się z facetem. Czy to miłość? Nie całuję się z facetami, których nie kocham. Ale gdybym wiedziała, że będą paparazzi, to bym się inaczej ubrała. Koleżanka powiedziała mi potem, że tylko idiotka by tego nie przewidziała, oni zawsze są na lotnisku. Przy okazji się czegoś nauczyłam. Gdybym to przewidziała, nie pojechałabym na lotnisko w kabaretkach, kusych szortach i rozwiązanych trzewikach.

Proszę mi powiedzieć coś więcej o tym przystojnym mężczyźnie… Tabloid ukrył jego twarz, wiem tylko, że jest szpakowaty, szczupły, wyższy od pani.

Nie jest żonaty. Co to da ludziom, że ja się przyznam: jestem szczęśliwie zakochana? Dowiedzą się, że dojrzały człowiek też może się zakochać? Czy pasujemy do siebie? Nie mam pojęcia, przecież nie mieszkamy razem. Nie ma jednak żadnego innego faceta, o którym bym równie ciepło myślała.

Kobiety pisały: „Fantastycznie, pani Katarzyno, wiek to żaden powód, żeby wstydzić się uczuć i ukrywać nogi”. Mężczyźni: „Obściskiwać się publicze? Pani, w tym wieku, z taką pozycją, wygląda jak hipiska!”. I jeszcze: „Ubierzcie jakoś tę nastolatkę! Pora jej już dorosnąć”.

Tak było! Obiecuję, że to się nie powtórzy! (śmiech). Wskoczyłam w auto, żeby zdążyć go odebrać z samolotu. Tu, w Milanówku, bywa, że się na piżamę narzuca kożuch i wsiada do samochodu. Rozumiem, że pisarce polskiej tego robić nie wolno. Bardzo państwa przepraszam! Następnym razem obiecuję, że ubiorę się inaczej. I zawiążę buty.

Rozmawiała: Aldona Wiśniewska
[wywiad dla „Twojego Stylu” w związku z wydaniem powieści „Houston, mamy problem” ukazał się w TS 12/12]

4 komentarze

  • b. pisze:

    Ależ podoba mi się ten wywiad: dobrze przygotowana dziennikarka zadaje pytania pisarce, a nie prowadzi ozdobną rozmowę jak nie napiszę kto. A., jak to dobrze, że nie eksponujesz siebie, nie wpadasz w słowo, nie łapiesz za słówka, nie popisujesz się – uzyskujesz po prostu odpowiedzi.

  • M. pisze:

    Mam podobne odczucia jak ktoś powyżej. Kultura wywiadu naprawdę zasługuje na uznanie. Co więcej, nie jestem akurat wielką fanką Pani Katarzyny, a mimo tego rozmowa została tak świetnie przeprowadzona, że czytało się smakowicie. Szczere gratulacje i nie zmieniaj stylu. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *