J Kisinski, fot. Arnold Ochman

Listy do M.

  • 7 lipca 2015
  • 11 komentarzy

Rozmowa z Jarosławem Kisińskim, poetą, muzykiem, liderem zespołu „Sztywny Pal Azji”.

Poznałam Jarka Kisińskiego i „Sztywny Pal Azji” w Jarocinie, w 1986 r. Grzeczni chłopcy z Chrzanowa, ostrzyżeni, doprani i doprasowani byli tak inni od punkowej publiczności, że samą swą „zwyczajnością” bardzo się wyróżniali. A potem wyszli na scenę w sali przesłuchań, które prowadził Walter Chełstowski… i dali czadu. Umieli grać, ich piosenki natychmiast wpadały w ucho. I mieli świetne teksty. Zrobiłam z nimi wywiad, ukazał się w tygodniku „Na przełaj”. Dobrze się stało, bo oni Jarocin wygrali!

Minęło prawie 30 lat, Szpal nadal istnieje. W plebiscycie radiowej Trójki pod koniec 2014 r. słuchacze uznali ich „Wieżę radości, wieżę samotności” za jeden z najważniejszych polskich utworów wszechczasów.
„Mieszkam w wysokiej wieży, ona mnie obroni, nie walczę już z nikim, nie walczę już o nic. Palą się na stosie moje ideały, jutro będę duży, dzisiaj jestem mały”.
Bardzo osobiste poczucie alienacji i odmienności stało się hymnem pokolenia.
A jutro nadeszło i jest. Jakie jest?

[Okładka: Arnold Ochman]

* * *

Napisałeś mi: „Chciałbym z Tobą porozmawiać z serca, tak dziś pomyślałem, o różnych rzeczach, nigdy Ci tego nie powiem, jeżeli nie zapytasz. To mógłby byc „letni” wywiad, ale chyba nie o to chodzi. A teraz tak właśnie, prawdziwie, chcę żyć. Nagrywamy nowe piosenki, dla mnie –spowiedź życia, mam gdzieś, czy one zaistnieją czy nie, skończyłem 52 lata i wiem, kim jestem”. Kim jesteś? 

Jestem muzykiem. Dobrym, sprawnym rzemieślnikiem. Czy jestem artystą? Chciałbym. Staram się być dobrym człowiekiem.

Napisałeś też: „Mam fajną żonę”. Jesteś może tatą?

Jestem mężem… od trzech lat w separacji. Walczę o nią. Mira ma syna z pierwszego małżeństwa, Jędrek nazywał mnie „Tata 2”. Fajnie… Wcześniej nie byłem wystarczająco dojrzały na małżeństwo, dziecko. W środku wciąż jestem chłopcem, który ma swoją pasję, ona jest najważniejsza.

Jak w twojej nowej piosence: „Ten chłopiec we mnie wszystko spieprzy i schrzani”Nowa płyta to ma być „spowiedź życia”. O czym nam opowiesz?

Piszę o miłości, rozstaniu, nadziei… I o alkoholu. Nowych piosenek jest kilkadziesiąt, na płytę wejdzie 12 najlepszych. Niektóre są o mojej żonie. Próbuję nimi powiedzieć, że stale myślę o niej. Dostaje je regularnie. Raz odpisała: „Dziękuję. Piękne”. To dużo. Najczęściej nie odpowiada.

Pamiętasz jeszcze tamtych pięciu chłopców z Jarocina ‘86?

Pamiętam, znaliśmy się bardzo dobrze. Azja, Andrzej Turek, był kolegą z mojej ulicy, Leszek Nowak i Paweł Nazimek to kumple z liceum. Janusza Dedę, perkusistę, który już nie żyje, zastąpił Zbyszek Ciaputa, czyli Ciapek. Nie byliśmy zupełnymi amatorami. Leszek ukończył podstawówkę muzyczną w klasie fortepianiu, ja szkołę muzyczną II stopnia w Krakowie, w klasie saksofonu. Zgrana paczka. Ale z czasem zaczęła się wykruszać. Paweł pierwszy odszedł do Chłopców z Placu Broni, później do T.Love… Po nim Leszek powiedział, że dziękuje.

j.kisinski_004

Sztywny Pal Azji – zdjęcie wysłane ze zgłoszeniem na festiwal w Jarocinie, 1986 r.
j.kisinski_002
Jarosław Kisiński, legitymacja uczestnika Festiwalu Muzyków Rockowych, Jarocin 1986

Wyjaśnili, dlaczego? „Bo już was chłopaki nie lubię”?

Nie dociekałem. Stwierdziłem, że trudno, zespół upadł. Miałem 30 lat, a czułem się, jakbym całe życie przeżył. Paweł w Jarocinie był bardzo młody, miał 17 lat. Myślę, że wtedy po prostu wybrał własną drogę. Szczyt popularności mieliśmy za sobą, a tu Boguś Łyszkiewicz zaprosił go do Chłopców. Bogdan prosił, żebym ja też przeszedł: będzie mocny skład, zawojujemy rynek… Odmówiłem. Paweł ostatni koncert zagrał z nami równo 25 lat temu. A ja potem równo przez 25 lat szukałem nowego basisty. Nie znalazłem. Nigdy już nie miałem kogoś, kto stoi obok i gra dokładnie to, co ja mam w głowie. Byli świetni muzycy, ale nie złapałem takiego kontaktu. A teraz spotykamy się po 25 latach – i natychmiast udało się to odzyskać! Paweł przyjechał do Chrzanowa na próby, był Leszek, Ciapek. Zagraliśmy bezbłędnie, wszystko brzmiało, jak powinno… szukałem tego tyle lat!

Powiedziałeś im: „Panowie, zobaczcie – łączy nas coś niezwykłego”?

My to czujemy. Nie musimy mówić. Powstał projekt: „Pierwszy skład Szpala gra swoją pierwszą płytę”. Przyjęto go znakomicie! Ludzie z nami śpiewają wszystkie teksty. A przecież najlepszy nasz czas, to koniec lat 80. Tekty na pierwszą płytę pisałem wcześniej, ale muzyka powstała w kilka miesięcy, na adrenalinie, bo już czekał Jarocin. Najładniejsze melodie, „Wieżę”, „Polskę”, skomponowal Leszek. I to od razu chwyciło. Fala nas porwała i wyniosła… a trzeba było przystopować. Nie ogarnąłem tego.

j.kisinski_005

Sztywny Pal Azji, festiwal w Jarocinie; 1986 r.
Od lewej: Paweł Nazimek, Janusz Deda, Andrzej Turek, NN, Leszek Nowak, Jarek Kisiński.

Piszą o was „legenda polskiego rocka”. Jesteś człowiekiem sukcesu?

Nie. Roztrwoniłem 10 lat, może więcej, na nic. Druga płyta nie odniosła wielkiego sukcesu. Powinna być taka jak pierwsza: prosta, melodyjna. A myśmy zaczęli kombinować… jakąś sekcję dętą, aranżacje robić… Zdawało mi się, że będziemy fajniejsi… i ja później w to brnąłem. Błąd. Może gdybyśmy trwali w pierwszym składzie i grali, jak na początku, powstałoby kilka świetnych płyt? To jest ta strata.

Co się stało z Januszem Dedą, chłopakiem, który grał w Jarocinie?

Nie widzieliśmy się przez kilka lat i kiedyś nagle na ulicy: „Jarek! Chodź do mnie, pogadamy!”Puścił mi nasze pierwsze Opole z kasety VHS. Żył tym nadal. Powiedziałem: „Może zrobimy znów coś razem?”… ale skończyło się na wspólnie wypitym piwie. Janusz pewnego dnia zasnął i już się nie obudził.

Jesteś autorem tekstów, liderem, ale nigdy frontmanem. Dlaczego?

Nie potrafię śpiewać, mam wadę wymowy. Nie było po co się pchać. Wokalistą zawsze był Leszek. Ma męski, ale wysoki głos. Inny, więc się go zapamiętuje.

Mieliście grupies? Musiałeś się oganiać od kobiet?

Aż tak to nie! Czasami widywaliśmy te same dziewczyny na koncertach. Fanki. Co mam powiedzieć? Zapraszaliśmy dziewczęta na koncerty i na imprezki po nich… różne były sytuacje. Opowiem o jednej – gdy chciałem „skorzystać”, ale się nie udało. Piękny hotel w Trójmieście. Koncert, potem impreza w pokoju. I była jedna blondynka…. usiadła obok mnie. Spojrzałem na nią, ona na mnie, i oboje wiedzieliśmy, że coś z tego będzie… Sytuacja się rozwija, rozmawiamy. „Może pójdziemy do mnie?”. Pod drzwiami okazuje się, że nie mam klucza. Wracamy, a tam koledzy kulają się ze śmiechu, więc oczywiste jest: zrobili mi numer. „Oddajcie klucz!”, błagam, a ci się śmieją. Nie i nie. Zostaliśmy u nich i ja tam zasnąłem. Budzę się, koledzy śpią, dziewczyny nie ma. Sięgam do kieszeni – klucz! Idę do mojego pokoju, a on… jest otwarty. Blondynka z Leszkiem w barze pije sobie drinki. Pech. Teraz nie lubię hoteli, po koncercie wracam do domu. Ale wtedy? Ja je uwielbiałem! To był inny świat: wokół szara komuna, a tu pyszne jedzonko, kelnerzy. Nocne bary, w których siedzą luksusowe prostytutki, przy nich Arabowie… egzotyka, inne życie zupełnie.

Czego się nauczyłeś przez 29 lat w showbiznesie?

Samych złych rzeczy (śmiech). Nie wiem, jak ja w tym w ogóle przeżyłem. Miałem kontrolę nad Szpalem może przez rok. Później pojawili się ludzie, którzy wiedzieli lepiej. A mnie to odpowiadało! Odsunąłem się na własne życzenie. Wyszła płyta, graliśmy koncerty, byliśmy w radio. Ktoś chce mnie wyręczać w sprawach nudnych? Super! Gdybym mówił „nie”, pewnie by mnie słuchano. Ale nie mówiłem.

Największa pokusa, jaka ci się w ciagu tych lat zdarzyła?

Propozycja, żebym rzucił Szpala i przeniósł się do Warszawy. Miałem mieć nowego menadżera, tworzyć, komponować, założyć inny zespół… Ale to było w najlepszym okresie. Kilka lat później, zgodziłbym się od razu! (śmiech)

„Ja będę tworzył, ktoś inny posprząta”, tym cię można uwieść?

Tak było. Ale już nie jest. Dziś wiem, na czym ten biznes polega. Gdy będę chciał nagrać płytę, nagram ją na moich warunkach. Co to za problem dziś, wydać płytę? Internet daje totalną wolność. Inwestuję własne pieniądze w nagrania, więc powstaje całkowicie mój materiał. Sami chcemy go promować.

Gracie, nagrywacie, donosicie o tym na Facebook’u i wracacie do ludzi, którzy was pamiętają – taki jest pomysł na Szpala?

Tak. Na koncertach sprzedajemy masę płyt! Ludzie przychodzą po autografy. Dobrze sprzedają się też płyty na naszej stronie internetowej. Dziś są zupełnie inne kanały dystrybucji i docierania do słuchaczy. To jest kapitalne. Kiedyś musiałem podpisywać jakieś umowy zdziercze, niektórych nadal żałuję.

Podobno w okresie największej popularności zarabialiście grosze?

Koncertów graliśmy mało, bo tylko w weekendy. Ja byłem w szkole muzycznej, Paweł się uczył. Leszek skończył szkołę górniczą i mógł iść albo do kopalni, albo do wojska, więc został górnikiem. Wtedy muzyków obowiązywała weryfikacja, nikt z nas jej nie miał. Leszek skończył podstawówkę muzyczną, a do weryfikacji liczyła się szkoła średnia. Na podstawie mojego dyplomu wypłacano nam pieniądze, ale to były nieduże kwoty. Za pierwszą płytę – teksty były moje, muzykę podzieliłem między chłopaków – dostałem milion złotych. Ale co to wtedy znaczyło?Zaprosiłem przyjaciół na kolację do restauracji w Warszawie, kosztowała 260 tysięcy. Resztę dałem mamie. I to była cała kasa.

j.kisinski_008

Sztywny Pal Azji, pierwszy skład: Paweł Nazimek, Jarosław Kisiński, Andrzej Turek „Azja”, Janusz Deda, Leszek Nowak; 1986 r.

Na przesłuchaniach w Jarocinie, po punkowych zespołach, weszli chłopcy z domu kultury, w zwykłych dżinsach – kontrast był duży.

Myśmy też byli punkami, tylko nie było tego widać (śmiech). Nie chciałem nikogo naśladować, żadnych zachodnich zespołów. Nawet Talking Heads, chociaż mnie fascynowali. Też chciałem robić proste rzeczy, jak oni, ale po swojemu.

Natychmiast odnieśliście sukces. A ty mi mówisz, że to wam zaszkodziło?

Pogubiłem się w chaosie, jakim jest showbiznes, mniej więcej rok później. A trzeba było grać jeden koncert za drugim, tak samo świetnie. Myśmy na te koncerty po Polsce jeździli pociągami. I na każdej scenie, w domu kultury czy klubie, stał inny sprzęt. Czasem dobry, często bardzo zły, każdy nasz występ brzmiał inaczej! Tak było przez dwa lata. Teraz, gdy dzwoni menadżer i mówi: „Jarek, jest możliwość zagrania…” – pytam, czy jest fortepian? „Nie ma”. To nie gramy! Czy jest scena, jak trzeba? „Mniejsza”. To dziękujemy! Wcześniej to było niemożliwe. Dlatego ja od Szpala uciekałem. Mnie nie zależy na kasie, ja widzę sens grania, gdy wszystko jest tak, jak sobie wymarzyłem.

Punkami byliście? Ja widziałam chłopców z dobrego domu. Porządna szkoła, dobre lektury… i w domu kultury graliście, nie w garażu.

Tak było. Ale ja zaczynałem od strychu! (śmiech) Kiedyś chciałem zostać piłkarzem, jak Lubański, Szołtysik – to byli moi pierwsi idole. Ale Wojtek, mój brat, złamał rękę i za odszkodowanie tata kupił mu gitarę. Chciał perkusję, więc to ja na niej pogrywałem. Moimi idolami zostali Deep Purple, Free, Jimi Hendrix, Doors, T.Rex, Slade, Pink Floyd, mój los był przesądzony! Pierwszy zespół założyliśmy z bratem, gdy miał 6 lat. Nazwaliśmy go „Alfa”. Pewnie gralibyśmy do dziś, gdyby Wojtek w 1981 r. nie wyemigrował do Austrii.

Jaka była twoja mama? Pracowała w PZU. Po Jarocinie jej koledzy z pracy chcieli mieć płytę Szpal’a: nie tylko honorarium mamie oddałeś, ale i te płyty nosiłeś…

Jak każda mama. Byłem z nią bardzo związany. Ufała mi. Z dzieciństwa pamiętam widok z okna kuchni, gdzie zawsze czekałem albo na babcię, albo na mamę. Jak nie było w domu babci i mamy, rysowałem. Moimi ulubionymi tematami byli Lenin i Dzierżyński. Na śniadanie z bratem sami smażyliśmy sobie chleb na maśle, do tego gorące mleko. Babcia czytała nam Biblię. Spokojny, ciepły dom. Mieszkałem z mamą do jej śmierci. Kupiłem kawalerkę w Krakowie, trochę za zarobki z ZAiKSu, trochę pożyczyłem. Ale ciągle wracałem… Mieliśmy dom z ogrodem, kiedy chodziłem do szkoły, na schodach stale przesiadywali koledzy. Gitara, karty, w oknie gramofon lub kaseciak. Obok na łące grało się w piłkę. Po ulicy jeździliśmy na rowerach. W zimie łyżwy, narty. Dzieciństwo mieliśmy genialne! Gotowała babcia, bo mama pracowała. Mama, gdy już coś w kuchni robiła, dawała mi drobne polecenia i w końcu nauczyłem się gotować, i to nieźle!

j.kisinski_012

Zdjęcie zrobione do paszportu przed pierwszym wspólnym wyjazdem do Wiednia, Jarek i Wojtek Kisińscy z mamą Krystyną; 1973 r.

Nigdy nie słyszałam o twoim ojcu. Opowiesz? Tata jest męskim wzorem dla ciebie?

Tata… jest dobrym człowiekiem. Był kierowcą i dużo wyjeżdżał, zarabiał na rodzinę w Niemczech, w Austrii. Mało bywał w domu, gdy go najbardziej potrzebowałem, więc mi go brakowało, buntowałem się. Pamiętam, że przyjeżdżał wielkim autobusem i potem my, dzieci, się w nim bawiliśmy. Teraz mieszkam z tatą, ma 82 lata. Radzi sobie doskonale, sam gotuje, pierze, robi zakupy. Chodzi raczej o towarzystwo niż opiekę. Wróciłem do Chrzanowa rok temu. Tata mieszka na parterze, piętro jest moje. Na początku dziwnie się czułem, ale urządziłem je po swojemu, oswoiłem. Pierwszą dobrą gitarę dostałem od taty. Przywoził mi z Zachodu płyty.

j.kisinski_011

Aleja Henryka w Chrzanowie, Jarek i Wojtek Kisińscy na spacerze z tatą Czesławem; 1973 r.

Tę z piosenki? „Gdzie moja pierwsza japońska gitara, komu dziś gra?”

Tak, to była ta. Po maturze też pojechałem za bratem do Wiednia. Trochę pracowałem na budowie, trochę włóczyłem się po ulicach i korytarzach metra, grając standardy jazzowe na saksofonie. Spotykałem Polaków w obozach dla azylantów: czekali na wyjazd do Australii, Kanady, USA. Słyszałem: „Zostań”, ale już miałem w planie szkołę muzyczną, zespół – nie wyobrażałem sobie, że zostanętam, sam jak palec. Wróciłem. A później był stan wojenny. Brat nie wrócił.

j.kisinski_007

Jarek Kisiński i jego ukochana gitara; lata 80.

Co twoim zdaniem czyni mężczyznę męskim?

To, że potrafi utrzymać swoją kobietę i dziecko. Powinien być opiekuńczy, ciepły. Niemożliwe? Moi koledzy tacy są: mają fajne rodziny, Paweł ma córkę, Leszek syna.

Mało „rockowe” życie prowadzicie: zero skandali, rozwodów… Paweł już w Jarocinie był z Dominiką, 30 lat są razem. Leszek ponad 20 lat jest mężem i ojcem. A ty?

Byłem w kilku związkach, ale je niszczyłem. Bałem się, że żona powie: „Jak można się tak wygłupiać, w twoim wieku?! Idź do pracy wreszcie…”. Może same dziewczyny tego nie mówiły, ale czułem, że przyszli teściowie oczekują dla córek czegoś lepszego. Ożeniłem się cztery lata temu. Gdy Szpal odnosił największe sukcesy, Mira miała 16 lat. Chodziła z moim kolegą. Po latach odnalazłem ją na naszej-klasie, zaprosiłem na koncert… i już nie puściłem. Bo ona jest tym, na co całe życie czekałem. Ale odeszła. Powiedziała, że jej nie kocham, co nie było prawdą. Pewnie mogłem więcej dać z siebie… Ale miałem do kochania nie tylko ją, ale też jej synka, to było trudne, z moją osobowością… Dopiero teraz myślę: jaki byłem głupi!

Ona jest taka, że problem narasta, a nic nie powie. Nie zadbałem, nie umiałem? Jest strasznie zła na mnie. Krótka piłka: „Koniec”. Wysyłałem kwiaty, listy. Był miesiąc, gdy codziennie pisałem wiersz, żeby posłać go Mirze. 30 tekstów. To jest największa moja życiowa strata, jej nieobecność.

Mira w pracy pewnie musi być twarda jak facet: pełni obowiązki komendanta Straży Miejskiej. A co było nie tak z twoją osobowością?

Jestem autodestrukcyjny. Niszczę siebie i innych. Również przez alkohol.

Od dawna masz problem z alkoholem?

Na początku to nie był problem. Po koncercie fajnie jest napić się, więc zaczęły się kluby, drinki, zabawa. Mama była zła, widziała, że tego picia jest za dużo. Ja sam zorientowałem się, że nie jest dobrze, nieprędko. Bo piłem też z nudów… Dzwoniłem do kolegi: „Co robisz?”. „Nic”. „To co, napijemy się?” – to właśnie jest autodestrukcja. Dlaczego to robiłem? Nie mam pojęcia. To znaczy teraz wiem, bo poszedłem na terapię. Alkohol mi pomagał być w centrum uwagi. Uspokaja, dodaje śmiałości… a ja byłem nieśmiały. Jest kłopot, wystarczy się napić! Od razu lepiej! Terapia trwała osiem miesięcy. Skończyłem ja latem ubiegłego roku.

Zaraz… czy ty mi właśnie mówisz, że przez 20 lat piłeś?

Wcześniej, tylko okazjonalne, jak każdy. Tragedia zaczęła się trzy lata temu, gdy rozstałem się z żoną. Zamykałem się w moim mieszkaniu w Krakowie. Nie chciałem nikogo widzieć, zerwałem wszystkie kontakty. I piłem. Sam, przez tydzień. Miałem ciągi, włączałem telewizor – i zagłuszałem wódką myśli. Co jakiś czas wracałem do żywych. Coś pisałem, coś grałem. Po koncercie wracałem do domu i… a może piwko jedno? Ale nie było jedno, tylko pięć, nie panowałem już nad tym. Na drugi dzień butelka wina, dwie butelki, wódka. Pilnowałem resztek normalności: zawsze byłem ogolony, umyty, ubrany. Myślałem: „nie jestem alkoholikiem jak ci, co leżą na ulicy”. Zawsze zmuszałem się żeby wstać, umyć się, ubrać – i wyjść, kupić butelkę. Nie kilka naraz, żeby nie mieć zapasów. Ale czasem dzwoniłem po taksówkę, żeby mi przywieźli alkohol, bo się cały trząsłem. To był horror. Oczywiście, jak miałem koncert, dochodziłem do siebie, na scenie wszystko zagrałem, niczego nie zawaliłem. Wracałem do domu i… bania. Gdy zamieszkałem z ojcem w Chrzanowie, też popijałem. Znajoma poleciła panią Teresę – terapeutkę. Okazała się bardzo fajna. Razem rozbiliśmy moje życie na puzzle i pomału poskładaliśmy je z powrotem. Nauczyłem się technik, dzięki którym teraz potrafię panować nad piciem. Jasne, parę razy się złamałem. Walczę. Dużo pracuję, piszę, czytam, znowu gra Szpal i Woyzeck. Chodzę na siłownię, na basen. I to działa genialnie! Zawsze tak chciałem, tylko nie potrafiłem. Dawniej wszystko miałem poukładane: chodziłem do szkoły, więc musiałem wstać rano, grałem, więc musiałem iść na próbę. Skończyłem szkołę… i pustka.

Nie miałeś przyjaciela? Kogoś, kto by cię kopnął w d…, żebyś się ogarnął? 

Nie było nikogo na poziomie Pawła czy Leszka. Tylko paru koleżków, którzy mówili: „Napij się! Ty, fajny jesteś w ogóle…”. Mama patrzyła na to i cierpiała.

Straciłem ją nagle, źle się czuła, zrobiła badania i okazało się: rak. Zmarła kilka miesięcy później w szpitalu w Krakowie. Wróciliśmy z tatą do Chrzanowa, zostawił mnie w Domu Kultury, tam była kawiarnia. Zadzwoniłem do kolegów z zespołu. Przyszli, a ja się rozpłakałem. Podszedł wtedy Tadek Maziuk, postać z półświatka, mówią, że to on zabił Dębskiego. Nie wiem dlaczego, ale środowisko kryminogenne bardzo lubi artystów, artyści dla nich są nietykalni. Wiele razy słyszałem, że nasze piosenki pozwoliły komuś przetrwać w więzieniu. Tadek spytał, czy może w czymś pomóc… Powiedziałem, że mama mi umarła, a on pogłaskał mnie po głowie jak dziecko i odszedł.

Co zrobiłeś, gdy zakończyła się twoja terapia? Nie brakuje ci jej?

Terapia skończyła się tak, że za radą Teresy pojechałem nad morze, napisałem listy do osób, które moim postępowaniem skrzywdziłem, a którym już się nie da tego wynagrodzić – do mamy też, i wrzuciłem je do wody. Pomogło. Pozbyłem się ciężaru i strachu. Dzięki Teresie nauczyłem się też asertywności: nie chcę czegoś zrobić, to nie robię. Ja nic nie muszę!

Ta terapia była warta każdej złotówki!

Zdecydowanie. „Zaszywać się” nie chciałem. Czy to jest lekarstwo na alkoholizm? Nie można się napić, ale w głowie wszystko zostaje. Jak tego supła nie rozwiążesz, wróci. Po roku może, ale się napijesz. Raz wylądowałem w szpitalu. Kołatało mi serce, poszedłem się przebadać. Na całym oddziale tylko ja i pielęgniarka dyżurna, super. Myślałem, że odpocznę. Położyli mnie na OIOMie, bo nie było miejsc. I wtedy się zaczęło. Przywieźli gościa z ulicy… całą noc wydzierał się: „O Jezus… o kurwa! O Jezus… o kurwa!”. Narobił pod siebie. Zwymiotował. Chodziłem do pielęgniarek, one go przebierały, myły. Krzyczał, wyrywał się! Tragedia. Napisałem o nim piosenkę.

Anioł Stróż ci go zesłał…

Tak. Wiem, do czego prowadzi picie, ale czym innym jest przyglądanie się temu na sąsiednim łóżku, w szpitalu. Demo tej piosenki dałem Teresie. Powiedziała, że ją wykorzysta w pracy z alkoholikami. A że na początku terapii puściła mi piosenkę Bogusia „Uśmiechnij się! Życie nie jest twoim wrogiem” – było mi bardzo miło.

Szpal wrócił. A jeśli znów świat wywróci się wam do góry nogami?

Wiem, jak to okiełznać. Jesteśmy dojrzali, każdy już wie, co jest ważne. Jeśli coś będzie nie tak, powiem: „Panowie, musimy to uporządkować, przegadać”. I pewnie ruszymy dalej. Nareszcie jest, jak sobie marzyłem.

„Od trumfu do niemal rozpadu”, pisano o was. Pożarliście się o nazwę…

O nazwę? Poczekaj – może powiem, jak było! W 2000 r. zacząłem walczyć o zespół. Miałem tylko kilka tekstów, muzyka powstawała w studio. Nie wiedziałem, kto będzie śpiewał. Nagrywaliśmy w RMF w Krakowie. Nagraliśmy podkłady i… przypadkowo spotkałem Leszka na ulicy. „Słuchaj, nie mam wokalisty. Może byś zaśpiewał?”. Przyszedł, został. Znów graliśmy razem. Ale każdy miał swoje sprawy, gdzieś ganiał – tylko ja miałem w głowie jedno. Przemyślałem to, powiedziałem chłopakom, że rezygnuję. I myślałem, że zespół jest rozwiązany! A okazało się, że oni grają – beze mnie! Na koncert w Chrzanowie, na 20-lecie zespołu, nikt mnie nie zaprosił. Poszedłem z ciekawości… i zaraz wyszedłem.

Co was uratowało?

Spróbowałem reaktywować zespół jeszcze raz. Leszek, ja, Zbyszek Ciaputa, Ryszard Wojciul, nowy basista Jacek Śliwczyński z T.Love, bo akurat zamieszkał w Chrzanowie. Ale wtedy rządził Wojciul. Leszek pojechał do niego nagrać parę rzeczy… i okazało się, że jest bez formy. A może tak się zdawało Rysiowi? Zainwestował kasę w studio, chciał płytę, mocnego wokalistę, sukces – wszystko i szybko. Zaczęliśmy nagrywać z Bartkiem Szymoniakiem. Nie protestowałem, jak zwykle… Leszek wtedy się chyba obraził. Dlatego teraz, na stałe, gramy z Bartkiem, a równolegle „Pierwszy skład Szpal‘a gra swoją pierwszą płytę”. Ale niektóre nowe rzeczy też zaśpiewa Leszek. To są zwierzenia mężczyzny po przejściach, dojrzały facet brzmi w tym wiarygodnie.

„Jesteś jedną z tych kobiet, które rozumieją mężczyznę”, piszesz w piosence o żonie. Jaka ona jest?

Mira jest kobieca, ma w sobie ciepło. I wierzy we mnie, daje mi przestrzeń. Nigdy nie powiedziała „Odpuść, zrezygnuj”, ja to bardzo cenię. Kocha mnie. Najprostsza rzecz! I ja ją kocham.

… ale nie jesteście razem. O co chodzi?

Ona jest taka, że problem narasta, a nic nie powie. Nie zadbałem, nie umiałem? Jest strasznie zła na mnie. Krótka piłka: „Koniec”. Wysyłałem kwiaty, listy. Był miesiąc, gdy codziennie pisałem wiersz, żeby posłać go Mirze. 30 tekstów. To największa moja życiowa strata, jej nieobecność.

Gdybyś mógł w ciagu tych prawie 30 lat, w jednym miejscu, „przestawić zwrotnicę” życia – co byś zmienił?

Rok 1987, gdy wyszła pierwsza płyta Szpal‘a. Powiedziałbym: „Koniec imprez, wracamy do garażu… i robimy nowe piosenki. Jeszcze lepsze od tych! Inwestujemy w sprzęt i w siebie, na koncerty wynajmujemy samochód, jedziemy z własnym sprzętem. Cenimy się!”.

Daleko się cofnąłeś.

Daleko, wiem. Gdy zespół się rozsypał, straciliśmy kontakt. Tylko z Ciapkiem, perkusistą, wciąż razem gramy i chyba to jest mój najbliższy przyjaciel.

Mówi się, że wszystkie piosenki Szpala są o miłości i o samotności… a ty piszesz też rzeczy „publicystyczne”: „Ania, rodzice i ustawa”, „Proces”.

„Ania…” – spotkałem się z taką sytuacją. Dziewczyna wróciła z wakacji w ciąży, miał być szybki ślub, ale chłopak zginął w wypadku. Wtedy rodzice, którzy wcześniej mówili, że za aborcję trzeba karać więzieniem, nagle zmienili światopogląd. „Smutna środa” też jest o prawdziwym zdarzeniu. Po naszym koncercie w pewnym mieście zabito w bójce człowieka.Piszę o rzeczach, które mnie poruszyły.

Co jest twoim największym sukcesem emocjonalnym – takim, o którym tylko ty wiesz?

Życie po terapii. Myślę normalnie, cieszy mnie słońce, kwiaty. Rzeczy, których nie zauważałem. Miałem dni, kiedy byłem trzeźwy, ale nie widziałem powodu, żeby wstać z łóżka. Zwlekałem się, wyczołgiwałem, na siłę. A teraz budzę się i to mnie cieszy.

Gdy cię pytają o sukces Szpal‘a, mówisz: samo wyszło. A ja widziałam, jak ze sceny schodzisz komplenie mokry… to ciężka praca!

Sztywny powstał po to, żebyśmy kilku młodych ludzi mogło sobie pojechać nad morze, grać na ulicach i miło spędzać czas za pieniądze z grania. Założyłem wtedy 2 zespoły: Szpal w Chrzanowie i Woyzeck‘a w Krakowie. Byłem przekonany, że sukces odniesie ten drugi. Najfajniejsze teksty zawsze dawałem wokaliście Woyzeck’a. On czytał i mówił: nieee, Jarek, niee. No to wziął je Leszek. Po koncercie Szpala w Jarocinie Piotr, wokalista Woyzeck’a, przyszedł do mnie i mówi: „Jarek! Ależ to jest znakomite!”. Nie pamiętał, że wszystko odrzucił! (śmiech). Wtedy rzeczywiście ciężko pracowaliśmy. Ja w ogóle jako młody chłopak, żeby zarobić na kieszonkowe, w wakacje pracowałem. Np. jako sprzedawca wody z sokiem z saturatora! Saturator stał przy sklepie znajomej mamy, pani Katarzyny, naprzeciw stacji kolejowej. Przed południem ruch był niewielki, więc sobie czytałem książki Adama Bahdaja: „Uwaga! Czarny Parasol”, „Kapelusz za sto tysięcy”. Interes zaczynał się kręcić po 14.00, gdy robotnicy wychodzili z fabryki lokomotyw „Fablok”, bardzo spragnieni. Ustawiała sie kolejka. Codziennie pani Katarzyna dawała mi dwie bułki z kiełbasą, a  po pracy 20 złotych. Próbowałem też pracy w zakładach mleczarskich latem, niestety wszechobecny zapach skisłego mleka i upał to było za wiele, wytrzymałem tylko dwa dni… za to później mleka nie piłem przez rok. Granie nad morzem to było spełnienie marzeń o fajnej pracy w wakacje.

Masz jakieś inne marzenie, które jeszcze ci się nie spełniło?

Dziecko. Zespół mam, płyt kilka mam, dom mam, kobietę życia spotkałem… Chcę być ojcem. Graliśmy niedawno w Chrzanowie, przyjechała Mira, Jędrek. Syn po koncercie przyszedł do mnie, wycałowaliśmy się. Fajnie było. Powiedział mamie: „Jestem dumny z Jarka”…

Gdzie widzisz siebie za pięć lat?

Mam rodzinę. Dzieci. Zespół. Panuję nad swoim życiem i jest we mnie spokój.

Najcenniejszy przedmiot, jaką posiadasz?

Laptop, w nim trzymam piosenki.

Najcenniesza rzecz niematerialna?

Doświadczenie. Dzięki niemu wiem, co mam robić, a to ważna rzecz.

Czy jest coś, za co w sekundę oddałbyś obie najcenniejsze rzeczy, jakie masz?

Myślę, że wiesz… Mira.

 

Rozmawiała: Aldona Wiśniewska
Fot.: Arnold Ochman (zdjęcie kolorowe – okładka)
Zdjęcia czarnobiałe: prywatne archiwum Jarka Kisińskiego

j.kisinski_013

Fot. Robert Wall, Sztywny Pal Azji, koncert w Chrzanowie; grudzień 2014 r.

* * *

Iluminacja

Wszystko, co chcę ci powiedzieć
To podziękować, że jesteś ze mną blisko
Że jesteś jedną z kobiet
Które rozumieją mężczyznę
Nie przejmują się wszystkim
Jak to że mały chłopiec
siedzi w nim od kołyski
I psosi sobie i psoci
I jeszcze chcę ci powiedzieć
nigdy nie chcę cię ranić
Ale ten chłopiec we mnie
wszystko spieprzy i schrzani
I jeszcze chcę ci powiedzieć
chłopca w sobie karcąc
Zawsze będę przy tobie
i kocham, kocham cię bardzo

5 dni

9 grudnia ’69,

drogi zasypane śniegiem

mama przywiozła mi z CSRS

kolejkę i elastyczny swetr

bawię się z bratem i koleżanką

gry planszowe i sanki

goni goni goni mnie pies

pamiętam ten dzień

pamiętam ten dzień

9 grudnia ’79,

liceum, lekcji siedem,

a potem biegnę po korytarzu,

płyty, gitary, garaże

i to co widzę za oknem

jest mało istotne

i tylko punk,

punk i new wave

pamiętam ten dzień

pamiętam ten dzień

9 grudnia 89‘,

gdzie wtedy jestem nie wiem,

kolejny pokój hotelowy

telewizja, dziewczyny, rozmowy

ktoś puka, puka do drzwi

kelner przyniósł wino i krzyk

z nocy zrobił się dzień

pamiętam ten dzień

pamiętam ten dzień

9 grudnia ’99,

moje serce

zasypane śniegem

mój dom umiera bez mamy

mój dom śniegiem zasypany

jest zimny zimny zimny

i nigdy nie będzie inny

wydaje mi się,

wydaje że to kres

pamiętam ten dzień

pamiętam ten dzień

9 grudnia 2009

autobus Katowice-Wiedeń

patrzysz na mnie z taka miłością

że śnieg się topi na oknach

zasypiasz na moich kolanach

ja patrzę na ciebie do rana

za miesiąc,

za miesiąc nasz dzień

pamiętam ten dzień

pamiętam ten dzień

Wstyd

Na tej planecie są butelki pełne i są butelki puste

Są kawałki pizzy i spleśniały chleb

Brudny prysznic i papier toaletowy

Na tej planecie są butelki pełne i są butelki puste

Dreszcze i zmory, halucynacje i omamy

Są cmentarze i duchy zmarłych

Na tej planecie zasypiasz w objęciach Lucyfera

a po pokoju spaceruje Matka Boska

Na tej planecie jest poczatek i koniec

mieszka strach i ból

Jest rozbite szkło i bandaże

Nóż i tabletki nasenne

Na tej planecie masz torsje i wymiotujesz krwią

Z szafy wychodzi tygrys ze ścian czarne motyle

Ptaki wydziobują twoje oczy

Boisz się i uciekasz

Dlaczego pijesz?

Bo się wstydzę…

Dlaczego się wstydzisz?

Bo piję…

Na tej planecie jest magnez i glukoza

To czego potrzebujesz przywożą ci nocne taksówki

Przywożą ci kolejne butelki i seks

Na tej planecie czujesz się winny

Chociaż nic nie zrobiłeś

Czujesz na sobie wzrok matki i ojca, siostry i brata

czujesz na sobie wzrok wszystkich

chociaż nic nie zrobiłeś

Na tej planecie są niespełnione marzenia

Budujesz pałace na piasku,

Po raz setny lądujesz na Księżycu

Pokonujesz oceany leżąc w wannie

Jesteś Johnem Lennonem

spacerujesz po Nowym Jorku

Jesteś Bogiem!

Nie, jesteś nikim

Czołgasz się po podłodze

W nocy wyjesz jak wilk, bo tak się boisz,

tak bardzo się boisz

Dlaczego pijesz?

Bo się wstydzę…

Dlaczego się wstydzisz?

Bo piję…

 

Teksty piosenek: Jarek Kisiński, Sztywny Pal Azji 2015
j.kisinski_010

Fot. Łukasz Michalik, Sztywny Pal Azji: Jarosław Kisiński, Leszek Nowak, Zbigniew Ciaputa, Paweł Nazimek.
Z ostatniej chwili: Bartek Szymonik, do niedawna wokalista Szpala, nagrał swoją pierwszą płytę i właśnie ją promuje!

11 komentarzy

  • daro napisał(a):

    Jarek…..Ukłon dla Ciebie za te teksty w wywiadzie.Ale wiesz brakuje mi Azji,cholernie brakuje……………Chrzanów pozdrawia

    • Aldona Wiśniewska napisał(a):

      Szpal znalazł nawet bębniarza zewnętrznie podobnego do Azji! Własnym oczom uwierzyć nie mogłam :) Pozdrawiam Chrzanów (autorka).

  • Gosia napisał(a):

    Nigdy nie byłam w Jarocinie, choć mam go blisko. Pamiętam, że kiedyś, po ulicach Wrześni, kręciło się pełno ludzi z kolorowymi irokezami. Chodziłam za nimi i przyglądałam się. Palili, pili, byli dziwnie ubrani no i te włosy… Rodzicie zapytani, kto to, powiedzieli tylko „wyjce z Jarocina”. Od tej pory Jarocin kojarzył mi się z innym światem, nie moim światem.

    Gdy był 1986 rok ja miałam 8 lat. Doprawdy, nie ta muzyka była mi w tedy w głowie. „Sztywny Pal Azji” pojawił się u mnie, na kasetach magnetofonowych, jakieś 20 lat temu. Byłam w technikum. Na „generalce” (coczwartkowe sprzątanie generalne piętra) puszczaliśmy kasetę zespołu jako manifest ;) nie rozumiejąc pewnie połowy intencji. Byłyśmy dorosłe, „koty” froterowały nam podłogi, muzyka określała nas – niby.

    A ja, na chwilę przeszłam przecież nawet na disco ;) Jako szalona nastolatka, uczennica wiejskiej szkoły ogrodniczej, bywałam nawet na koncertach disco polo :) Zabawa była przednia, raz nawet nagrał moje szaleństwa parkietowe jakiś program tv. Czułam się jak gwiazda hahaha

    Całe szczęście „Sztywny Pal Azji” powrócił. Jako maturzystka, potem studentka poznawałam słowa od nowa. Rozumiałam je, doceniałam. Gdy nie potrafiłam wyrazić swoich uczuć bywało, że kazałam chłopakowi przesłuchać tę czy inną piosenkę. Słowa wielu wyrażały, zapewne nie tylko moje, uczucia. Dotąd niektóre utwory kojarzą mi się z danymi sytuacjami. Przy jednych niemal czuję dotyk trawy pod bosą stopą, na Cytadeli, w Poznaniu, inna przywołuje zapach akacji, jedna ucieczkę przed Policją na juwenaliach.

    Niby więc nic takiego, ale, jak pomyślałam, muzyka zespołu zawsze gdzieś koło mnie krąży, choć nie jestem raczej „pokoleniem Jarocina”, jak pisałam wyżej, nawet nigdy tam nie byłam.

    Sam wywiad zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Nie tylko pozwolił odkryć obecność zespoły w życiu – tak niezamierzoną, nienachalną, zawsze gdzieś obok, ale jednak, ale odkrył „człowieka w człowieku”. Pokazał, że znowu złudny obraz niesłusznie zawładnął przekonaniami. Bo jak to? Muzyk rockowy, bez używek, tanich panienek, rozwodów i dramatów? Jednak można być normalnym. Fakt…alkohol…Nie pora to i miejsce, ale śmiem twierdzić, że prawie każdy walczy z codziennością używkami, również alkoholem. Jedni potrafią po tygodniu upojenia powiedzieć dość, innym zajmuje to kilka lat, lub wcale nie dochodzą do trzeźwości.
    Ale. Pierwsze co pomyślałam…może nieco z kontekście innych wydarzeń to to, że chciałabym, żeby ktoś kiedyś mnie tak kochał. Mnie jako kobietę, mnie jako muzykę, mnie jako życie. Mogłabym być powietrzem, bylebym była ukochanym haustem…

    Wywiadu gratuluję. Czyta się go wspaniale. Jakby przed oczami nie przelatywały litery, a siedział człowiek i opowiadał. Niemal słyszę tu głos, ciężkie nabierania powietrza w płuca przed kolejnym zdaniem, westchnienia, jakby ulgi.

    Gratuluję.
    I trzymam kciuki za płytę. Będę na nią czekała.

  • Kristian Kowalski napisał(a):

    Dziękuję Ci Jarku za ten szczery wywiad, i za to że gracie dalej z Leszkiem razem oraz z kolegami po tylu wirach życiowych . Prawdziwi przyjaciele wybaczają sobie błędy, wspierają . Od roku 1990 jesteście moją ulubioną kapelą , wspaniałym polskim zespołem ,na każdy ,zwłaszcza na trudny czas. Bogu dziękuję za Twoje piosenki, bo i ja odnajdywałem własną w nich cząstkę w trudnych chwilach – a też kiedyś kochałem pewną kobietę – kiedy nie wszystko szło dobrze. Pamiętaj ,że w życiu najważniejsza jest -Ty to wiesz- miłość , rodzina , Pan Bóg ,bliscy i ludzie obok nas, a reszta to dodatki. Pamiętam kiedy otworzyłem książeczkę z płyty „Szpal ” i jak przeczytałem pozdrowienia od Ciebie i swoje imię „Krystian” to potem wszystkim pokazywałem ,to było ogromne przeżycie. Do dziś mam tą płytę i traktuję ją jak najdroższy skarb tym bardziej ,że tam grał Leszek, który powrócił do zespołu. Na koncercie w Warszawie w 1998 na Polach Mokotowskich śpiewałeś już wtedy sam . Niech Jezus Ci błogosławi, bądź szczęśliwy , zawsze gotowy dzielić się z innymi prawdą i miłością ,odrzuć alkohol i przeszłość ( tylko tą złą ).Dla mnie i dla mojego brata jesteś wielkim ,wspaniałym człowiekiem ( często jeździmy do Chrzanowa z Wawy ), kimś kto pomógł nam przetrwać różne zawieruchy .
    Pozdrawiam serdecznie .
    Kristian

  • Michał napisał(a):

    Fajny wywiad, jeszcze lepsza muzyka. Wszystkiego dobrego Panie Jarku!

  • www.home-in.pl napisał(a):

    Bardzo dobrze i rzeczowo podjęty temat, ale to oczywiście tylko moje zdanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *