Kot Nadkot

  • 20 września 2013
  • 1 komentarz

To historia, której nie mogę, po prostu NIE MOGĘ ci nie opowiedzieć. [Nawet jeśli tytuł „Kot Nad Kotami” został już wcześniej zawłaszczony, Moja Droga].

Nasz kot co jakiś czas mnie zadziwia. To nie jest kot, to jest człowiek. Mnie bardzo pasuje podejście Dersu Uzały, tytułowego bohatera radzieckiego filmu Kurosawy, że „różni są ludzie w lesie: jest jeleń-człowiek, ryś-człowiek i niedźwiedź-człowiek”, dlatego mogę kota głęboko szanować.

Było tak.
Oliwer jest niezwykle delikatny w obchodzeniu się z nami, wie, na czym nam zależy i czego nie lubimy. Nauczył się tego błyskawicznie. Mam liczne dowody na to, że kotu (TEMU kotu) wystarczy coś powiedzieć raz, żeby zapamiętal, gdy psu (miałam psa, owczarka niemieckiego, prawie 14 lat) trzeba powtarzac, a potem przypominać, podobnie jak koniowi, wiele razy.

Nasz kot nie ma w zwyczaju chodzić po stole ani po blatach w kuchni, rozrzucać rzeczy, drapać mebli i nie ma zwyczaju skakać po nas w nocy. Spytajcie innych wlaścicieli kotow, czy to jest częste!
Zupelnie „odwrotnym” kotem jest zwierzak kolegi Wojtka T., który to (kot, nie Wojtek) ma zwyczaj skakać swemu panu na słabiznę o godzinie 4.00 nad ranem. Wojtek tak do tego przywykł i tak się z tym pogodził, że przed czwartą rano przekręca się, śpiąc, na boczek, żeby kot wylądował mu na biodrze.

U nas nic z tych rzeczy.
Oliwer śpi z nami, najczęściej w nogach łóżka, jakby go nie było. Owszem, czuję ciężar, który przywala kołdrę, ale nie ma mowy o deptaniu po nas, hałasowaniu i takich tam.
A tu raptem w nocy – budzi mnie lekkie „hyc!” po pościeli, wprost na stopę. Zrozumiałam, że budzenie jest celowe. Otrzeźwiałam, wytężyłam słuch (widać nic nie było, ale coś jakby było słychać). Spod okna dobiegało cichutkie ciurkanie.

130920_kot001

„Zwariował ten kot, sika nam w sypialni?!” – pomyślałam. „Niee, to niemożliwe… Chyba musi być chory?”
Dźwięk był cichutki, równy i nie była to woda, to było dygotanie lękliwe, ząb o ząb… myszy. Mała hoduje w swoim pokoju cztery myszki i bardzo pilnujemy, żeby drzwi były zawsze zamknięte, a Oliwer udaje, iż o myszach w pokoju małej pani nic nie wie. No ale teraz mysz wtargnęła na jego terytorium!

Byla to „nowa” myszka, biała w beżowe łatki, która urodziła się już u nas w domu i ktorą w zwiazku z tym Dziecko najbardziej lubi. Najruchliwsza, najdrobniejsza, najbardziej ciekawska i nie bojąca sie niczego. Musiała wysmyknąć się z klatki i ruszyć w świat.
Każdy normalny kot złapałby, zdusił i przyniósł państwu z dumą w prezencie, tak?! Nadmieniam, że nie jest to kocia gapa ni sierota, ma na sumieniu – niestety! – kilka ptaków, małych i całkiem dużych, z dumą upolowanych i dostarczonych. Brrr! Wie, że tego nienawidzę. A mimo to nie może się powstrzymać, by nie polować. Tym razem jednak się powstrzymał.

130920_kot002

Ciemno bylo niemożliwie, a ja nie miałam latarki. Wymyśliłam, że przyświecę sobie telefonem komórkowym, który leżał przy łóżku, i spróbuję tę mysz złapać. Spojrzałam na zegarek: była 2.00 w nocy. [Nie przepadam za myszami, Moja Droga, i niechętnie biorę toto do ręki, ale cóż].
Tja, rozespana baba prosto z łóżka, telefon, ktorego wyświetlacz gaśnie co chwila i mysz, ktora się trzęsie ze strachu („Dy-dy-dy-dy-dy!” – to był dokładnie dźwięk, który wydawała, a który ja wzięłam za ciurkanie wody)… Zaczęła się zabawa. Oczywiście, ona ani myślała dać się złapać.

Najciekawiej w tym wszystkim zachowywał się Oliwer. Mógł uznać: „Aha, polujemy razem z panią!” – jak by to pewnie zrobił pies, a widząc moją nieudolność, załatwiłby sprawę w sekundę. Ale on wyraźnie czekał, co JA z tym fantem zrobię. Mysz pod łóżko – a kot mi ją „wystawia”, zagania, żeby pobiegła w moją stronę. Własnym oczom nie wierzyłam!

130920_kot003

Pomaszerowałam do kuchni po słoik i gumową rekawicę, żeby mysz mnie nie ugryzła, gdy ją złapię – bo uznałam, że gdybym ja zostawiła biegającą swobodnie po domu, to kot w końcu by się nią jednak zajął. Przypadkowo mycha skierowała się do łazienki, którą zostawiamy na noc otwartą. Oliwer ją tam zaraz sprawnie „nagonił”. To już było nieźle: mogłam zapalić światło, nie budząc nikogo.
– Super, kotku! Tutaj ją w końcu dostaniemy – powiedziałam.

Mysz chyba też już miała dosyć, bo gdy ją w końcu delikatnie ucapiłam tą rekawicą, PRAWIE dała się włożyć do słoika. Prawie, bo stanowczo zaczepiła za brzeg jedną nóżką. Ale to już było OK, w tej pozycji mogłam ją zanieść do pokoju Małej i do klatki. Po drodze wyluzowała się nieco i wbiegła mi na rękę – cholera jasna, nie lubię! – a potem, na plecy. Ledwie powstrzymałam sie, żeby nie krzyknąć. Ale gdy mysz zorientowała się, że jest blisko domu, całkiem grzecznie sama zeszła ze mnie wprost do klatki. Z ulgą zamknęłam za nia drzwiczki. Uff…!

– Wyobrażam sobie, jaka by była rozpacz, gdyby rano twoja mała pani zastała na podlodze mysie zwłoczki! – powiedziałam do kota.
Patrzył na mnie świecącymi jak reflektory oczami. Umyłam ręce. Wygłaskałam go, dałam przysmak do miski, powiedziałam, że jest Najmądrzejszym Kotem Na Świecie. Była 2.20.
Poszliśmy zgodnie do łóżka, mrucząc cicho – on „zewnętrznie”, ja w środku. „Jak im to rano opowiem, nie uwierzą” – pomyślałam, starając się jak najszybciej zasnąć, żeby już w końcu było to rano. I rzeczywiście. Nie wierzyli…

Tekst: Aldona Wiśniewska
Ilustracje: Agata Nawrot, www.agatanawrot.com

  • Podziel się:

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *