Kapitan i Małgorzata

  • 16 grudnia 2015
  • Brak komentarzy

Małgorzatę poznałam… wirtualnie. Ktoś jak kukułka podrzucał posty ze strony „Munus. Kreatywni opiekunowie” na Facebooku to tu, to tam. Między innymi do mnie. Krótka opowieść, dobrze napisana. Złapałam się na tym, że lubię je i czekam na następne. Myślałam, że stoi za tym firma, która taki ma pomysł na polecanie swoich usług… okazało się, że to Małgorzata i Marek Chojnaccy, kulturoznawczyni i plastyk, poznańskie małżeństwo z dwójką dzieci. W internecie pokazują pomoce do pracy z chorymi, starszymi ludźmi – oryginalne, własne pomysły. O stronie jednak mało kto wiedział, dopóki Małgorzata nie zaczęła pisać opowiadań o swojej mamie. O tym, że opieka nad nią to rejs w nieznane. Łódką dwóch kobiet dowodzi On: kapitan A., jak Alzheimer.

Spotkałyśmy się też w końcu w realu.
W ładnym, słonecznym mieszkanku Małgorzata i Marek usunęli progi, żeby mógł przejechać wózek, wstawili łóżko na pilota, w wannie zainstalowali podnośnik. Pani Zofia, zatopiona we własnym świecie, siedzi w fotelu na balkonie i gładzi palcami piłeczkę: jej wypustki mają pobudzać zakończenia nerwowe. Ubrana w welurowy granatowy dres, słomkowy kapelusz ze wstążką, ma jasną, spokojną twarzą i białe włosy. Nie zwracała na nas uwagi, ale teraz nasze oczy spotykają się nad stołem. Lekkie skinienie głowy – pani Zofia się ze mną wita. Kapitan A. jej pozwolił.

Skąd pomysł, żeby opowiadać o mamie w internecie?
Małgorzata Chojnacka: – Założyliśmy z mężem dwa lata temu stronę, mieliśmy pomysł na warsztaty dla seniorów i ich opiekunów. Nikt tam nie zaglądał… zaczęłam więc wrzucać krótkie opowiadania. Powstał cykl „Tirli, tirli, czyli ja, Zosia i Azheimer”. Mama wtedy, gdy brakowało jej jakiegoś słowa, mówiła: „A, to takie tam… tirli, tirli”. Wszystko się zmieniło! Ja tego nawet nie wiedziałam, bo większość czasu spędzam z mamą. Mąż mówił: „Zobacz, ile osób cię czyta, ile masz komentarzy!”. Dostaję listy: że ludzi to buduje, pomaga im w życiu… coraz więcej fanów mamy na Facebooku.

Znalazła pani formę, by pięknie pisać na bardzo trudny temat.
Inaczej nie dałabym rady. Piszę tak, jak myślę. Opowiadam te historie najpierw w głowie sama sobie. Gdybym zajmowała się wyłącznie tym, żeby mamie coś pudrować, smarować, podać jedzenie, wyjść na spacer – to byłoby wykańczające. Przeżywanie choroby na poziomie takim… szpitalnym, to koszmar. Dlatego forma jest ważna. Pisze do mnie jedna pani: „Moja mama jest roślinką”… Kurczę. Mnie to denerwuje, bo jest niesprawiedliwe wobec chorej osoby. Ona nie uczestniczy w życiu i rozmowie, straciła tę zdolność, ale wciąż… w jej duszy dzieją jakieś sprawy, przemyślenia. To nie roślinka!

Pani Zofia czasem przemawia jak Sokrates: „Zosiu, co robisz?” – „Jestem”…
Tak było! Przybiegłam z tym do męża, bo już niewiele mówiła. „Marek, wiesz, co mamusia dziś powiedziała?! „JESTEM”! „Napisz o tym” – odpowiedział mąż. Zapisywałam takie rzeczy na karteczkach. Piszę na bieżąco, ale nie wszystko nadaje się do opublikowania. Gdy strona chwyciła, musiałam zacząć pisać po nocach. To rzeczy bardzo osobiste.

Czytelnicy utożsamiają się z Zosią i z Małgosią, chcą o was czytać.
Opiekuję się mamą 12 lat. Do domów opieki i ośrodków dziennego pobytu mam dystans… zajrzałam, pooglądałam. Jestem pewna, że najlepszym miejscem dla chorego jest rodzina. Bardzo mi brakowało książki dla opiekunów, takiej „z ludzkiego punktu widzenia”, nie medycznej. Pomyślałam, że wszystko co wiem o mamie i o Alzheimerze dobrze byłoby opowiedzieć.

Kiedy pani Zofia zachorowała?
Mama mieszkała na Mazurach, była pediatrą. Gdy odeszła na emeryturę, zaczęła się choroba. Zmarł wtedy nagle mój brat, jego śmierć stała się „wyzwalaczem”. Wcześniej była osobą autorytarną, kontrolującą. Nagle przestała ogarniać niektóre sprawy. „Zapomniała o urodzinach, bo przeżywa żałobę”… nie od razu zauważyliśmy, jak jest źle.

Chory ukrywa słabość, nie chce sprawiać kłopotu, a my nie jesteśmy gotowi, by przyjąć prawdę.
Niestety, tak. Lekarz powiedział, że mama ma „elementy Alzheimera” – i myśmy się tego uczepili, że „to tylko elementy”. Diagnozę postawiono 12 lat temu, ale mama była chora już 4 lata wcześniej, teraz to wiem. Nadal mieszkała na Mazurach, my w Poznaniu i to było potwornie stresujące.

Napisała pani: Rok 2000. Początek wieku. Dla mojej rodziny prognoza pogody taka: trzęsienie ziemi, wulkany, sztormy, zaćmienie słońca i czasem krótki pobyt w spokojnej zatoce. Umarł mój brat. Urodził się syn. A mama zachorowała na chorobę Alzheimera. Wszystko w 11 miesięcy”. Jak sobie człowiek z czymś takim daje radę?
Lekarz powiedział, że stan mamy jest jak krucha skorupka: może wydarzyć się coś – cokolwiek, choćby przeziębienie – i ona pęknie. I że odradza szpital. Nie wiedziałam, co robić. To był jakiś kosmos. Mieszkanie mamy zlikwidowaliśmy, oddaliśmy jej nasze, bo je znała. Wzięliśmy kredyt i kupiliśmy inne, najbliżej jak się dało. Przenieśliśmy mamy meble, drobiazgi, ubrania. Miałam małe dziecko, zajmowałam się tym, nosząc je na biodrze. Na szczęście mój mąż jest… niezwykle tolerancyjny. Bardzo zaangażowany w pracę z mamą, mnóstwo rzeczy, udogodnień, pomocy dla niej powymyślał.

Mąż Marek, często „lajkuje” pani posty na Facebooku.
Jest wyjątkowy. Przyjaciel! Mam szczęście. Artysta, który zrobił doktorat z socjologii. Prowadzi zajęcia z reklamy i scenopisarstwa na uniwersytecie. Nasz starszy syn jest poetą i aktorem, młodszy się uczy. Moje życie to opieka nad rodziną i Zosią – koniec. Nic więcej się nie mieści. Wracam od mamy wieczorem, ogarniam dom, potem pracuję, planując warsztaty dla seniorów. To pomysł męża, aby wyciągnąć mnie z codziennego kołowrotka. Bo ja biegam przez cały dzień. Koleżanka mówi: „Widziałam cię, ale nie wołałam, chybabyś się przewróciła, tak szybko lecisz!”. A on łapie mnie po drodze i podsuwa pomysły. W planie mamy autorskie szkolenia dla opiekunów osób starszych. Wymyśliliśmy je dzięki Zosi. Myślimy też o produkowaniu pomocy edukacyjnych dla osób chorych, bo to się bardzo u Zosi sprawdziło.

Żyje pani wyłącznie dla innych?
To tak wygląda?… Nie. Mam też inne, „swoje” życie. Kupiłam szlifierkę, lakiery, bejce, nauczyłam się – i odnowiłam secesyjny kredens. Jestem z niego taka dumna! Nie marzę o tym, żeby uciec, wyjechać. Nie mam temperamentu podróżniczki.

Dobrze się składa, bo większość czasu spędza pani w domu, z mamą.
Baliśmy się, że ona nie zaakceptuje przeprowadzki i kompletnie się pogubi… a ona tu się odnalazła. Zabawnie było, gdy przyjechała. Znała to mieszkanie, bo przecież w nim bywała – wszystko jej się tak podobało… „Mamusiu, ale ty przecież pamiętasz to mieszkanie, znasz je, prawda? „Wiesz, że chyba nie… ale ogromnie tu miło”. Zobaczyła jasno odmalowane ściany. Kolory. Własne meble. Ale ich nie poznała! „Mamusiu, pamiętasz, że mieszkałaś na Mazurach, tam pracowałaś? „Ta nazwa jakby coś mi mówiła…” (śmiech). Dzieci też się przyzwyczaiły. Starszy syn ma 27 lat, młodszy 14. Stasiek się urodził, gdy mama zaczęła chorować, i musiał dorosnąć bardzo szybko. Nie było wyjścia. On w ogóle nie uważał, że babcia czegoś „nie może”, to była jego kumpelka – zmuszał ją do aktywności! Chciał się bawić. Kiedy zapominała czegoś, dawał jej łatwiejsze zadania. Na stałe z mamą mieszka pani Janka, sąsiadka z Mazur. Wyjechała, więc teraz tu nocuję. Zosia nocami monologuje, gestykuluje… Potrafi być bardzo głośna. Dzisiaj ze trzy godziny intensywne nocne życie wiodła. Padają imiona, przeżywa silne emocje… Myślę, że jej umysł oczyszcza się z tego, co naprodukował w ciągu dnia. Jest niezadowolona, gdy do niej wtedy przychodzę.

Rodzina, opieka, czuwanie nocą. Jak pani daje radę?
Nie wiem. Wcześniej jeździłam do mamy na kilka dni. Z dzieckiem, sama…

Wydawało się, że jeszcze da się tak przez jakiś czas?
Tak. Mama na początku chodziła na obiady do miejscowej restauracji. Opiekunka przychodziła na pół dnia. Zabierała ją na spacery, podawała posiłki. Aż nastąpiło tąpnięcie. Opisałam je zresztą. Dzwoniłam, telefon nie odpowiadał. Mama zniknęła! Myślałam, że oszaleję! Nie zdawałam sobie sprawy, że ona może sobie pójść. Wtedy podjęliśmy decyzję o przeprowadzce. Nie chciała słyszeć! „Starych drzew się nie przesadza, mam tu znajome kąty, przyjaciółki”… Jej też się zdawało, że jeszcze daje radę. Namówić ją na wizytę u neurologa nie było łatwo! Miała jednak ukryte pod poduszką książki o Alzheimerze – była lekarką, sądzę, że domyślała się.

A pani, kiedy zaczęła się domyślać?
Po diagnozie neurologa zaprowadziłam mamę na test do specjalistycznego ośrodka. Naczytałam się książek, chciałam wiedzieć, jaka jest skala problemu. Alzheimer to choroba bardzo indywidualna i nikt nie wie, jak będzie. Poradniki przerażają, nie mówią w ludzki sposób o żywym człowieku: bezwzględnie, sucho omawiają poszczególne etapy choroby. Aż w końcu „VIII etap, to etap końcowy”. Mama test wykonała, lekarz i psycholog powiedzieli, że znakomicie się maskuje. Jej stan był dużo gorszy niż się wydawało, zmiany w mózgu były znaczne. A potrafiła jeszcze przeprowadzić wywód logiczny, użyć medycznych terminów… Nigdy nie zapytała, co jej jest. My mówiliśmy: jest problem neurologiczny, ale da się z tym żyć. Lekarze tak mówią rodzinom. Sami w to wierzyliśmy!

Jak wygląda pani dzień z mamą? Macie jakieś stałe zasady?
Tak, rutyna pomaga. Codziennie robimy gimnastykę, potem jest obiad, kąpiel. Gimnastyka: bierna, w milczeniu, Zosia jej nie lubi, ale po ćwiczeniach lepiej i głębiej oddycha. Kilometry, które przemierzałyśmy na spacerach, to przeszłość. Choroba Alzheimera oznacza systematyczne straty. Mama miewała stany pobudzenia, spacery ją uspokajały. Bardzo przeżyłam, że się skończyły. Mieszkamy nieopodal lasu, z sarnami… Teraz raz na tydzień dwaj „nosiciele” znoszą mamę i jedzie wózkiem na spacer. Nie mamy windy. Gdy zrobiło się zimno, dostała w lesie kataru, który rozwinął się w takie zapalenie oskrzeli, że cudem z tego wyszła. W Alzheimerze człowiek nie umie powiedzieć, co boli, nie pokaże gardła, nie odkaszlnie… Było bardzo źle. Lekarz rzucił: „Wie pani, czasami ludzie na to właśnie odchodzą” – i poszedł. Zaproponował, że jeśli chcę, weźmie mamę do szpitala. Jak to wygląda? Chorą przywiązuje się do łóżka, żeby nie zrobiła sobie krzywdy, dostaje pigułkę na sen, nie można zostać z nią na noc, karmiona jest kroplówką… nie dałam mamy. Spędzamy niemal cały dzień w domu. Zosia nie może siedzieć w ciszy, mam wrażenie. Mówię do niej ciągle i potem, jak idę z psem na spacer, gadam do psa. Ludzie patrzą… Mówię jej: „Córeczko kochana, idziemy się myć”. Zosia przypomina dziecko, więc łatwo tak mówić. Choroba postępuje. Ma jeszcze próby, chęć powiedzenia czegoś, same krótkie słowa.

Coś mamę jeszcze interesuje, przyciąga jej uwagę?
Mieliśmy gołębie na balkonie – gdy się wykluło pisklę, to był odjazd! W ogóle od niego nie odchodziła. Musiałam przynosić ziarno, mowy nie było, żeby się ich pozbyć.

Na czym polega państwa metoda opóźniania postępów choroby?
Na gimnastyce umysłu i pamięci. Wymyśliliśmy karty typu memo, zaprojektowała je studentka męża, drukarnia wykonała. Układanki, puzzle zrobiliśmy. Obrazki na kartach to codzienne przedmioty, białe – mają stanowić tylko znak, archetyp. Zosia je nazywała. Układała w pary. Gdy chowałam kartę, mówiła, czego brak. Świetnie jej szło, bardzo to lubiła. Wycinałam dla niej kawałki materiałów: różne kolory, faktury, kształty, żeby ich dotykała. Ulepiłam litery z modeliny, mama układała wyrazy. Proste: mama, tata. Podobne zajęcia kiedyś prowadziłam z dziećmi, tylko zadania Zosi nie były infantylne. Zdobyłam duże puzzle: organizm ludzki podzielony na części. Uwielbiała je składać! Z młodszym wnukiem, który interesował się anatomią, Zosia była w swoim żywiole, mogła go uczyć. Układaliśmy krzyżówki. Wystarczały na długo, bo zapominała, że już je rozwiązała. To przytrzymywało mamę w rzeczywistości. Aż wreszcie nie była w stanie rozwiązywać żadnej. Karty memo dziś tylko bierze do ręki, gładzi.

Odchodzi mama, wycofuje się. Pani próbuje ją zatrzymać.
To jest smutne, każdy etap. Odwrotnie niż z dziećmi: zrobił pierwszy krok, powiedział pierwsze słowo… a tu cofamy się. Pieluchy, kolejna mała strata. Nie potrafiłam ich zaakceptować. Aż przyszedł dzień, kiedy nie zdążyłyśmy do domu… pomyślałam: Boże, co ja robię? Dla mojego komfortu, że mama „jeszcze bez pieluszki”, tak ją męczyć?! Dziwnie też było, gdy Zosia przestała lubić, że nazywam ją mamą. Mówiłam: mamuniu, mamusiu. Minę miała, jakby to nie do niej… Zaczęłam więc mówić Zosiu. Może i mnie z tym łatwiej? Zmieniam pieluchy Zosi, nie mamie. Bardzo trudne było ubezwłasnowolnienie. Sędzia w ogłoszeniu wyroku powiedział: „Od tej pory jest pani mamą swojej mamy”. Zalałam się łzami.

 Jak wygląda ubezwłasnowolnienie chorego?
Konieczna jest wizyta biegłych, psychiatry i psychologa. Mieszkanie mamy bez domofonu, żeby nie niepokoić Zosi. Psychiatra był tak zły, że nie został wpuszczony od razu, że zrobił mi awanturę i doprowadził do płaczu. Odbył się wywiad, oględziny, w końcu napisał orzeczenie… Sędzia je przeczytał i zapytał, czy mama mnie poznaje, a ja chlipnęłam: „Nie!”. „Proszę o spokój!” – krzyknął i to było bardzo nieprzyjemne… A teraz mamy niespodziewane wizyty kuratorów: muszę pisać sprawozdania, czy sytuacja się zmieniła i jak, wyliczać, ile mama ma dochodu.

Ktoś paniom robi zakupy, gotuje?
Sama to robię. Jestem „zbieraczką żywności”, gotuję więcej, zamrażam, odgrzewam. Pilnuję, żeby wszystko było zdrowe. Mam ryneczek obok domu, gdzie sprzedają działkowicze i rolnicy. Kasza, warzywa, mięso. Podaję mamie małe porcje, ale ma mało ruchu, więc mi przytyła.

Koleżanki mówią: „Ty weź coś ze sobą zrób…”. Twierdzą, że „Mama jest chora i przez to cała rodzina jest chora”. No oczywiście, tak. W pewnym sensie. Ale ta chora osoba jest częścią rodziny! Chłopcy w tym się wychowali, wiedzą, że jest babcia, trzeba przyjść i z nią być, to oczywiste.

Jak wiele zostało w Zosi dawnej pani mamy?
W radiu wyraźnie ją interesują audycje związane z medycyną. Silnie reaguje na nazwy chorób, zauważyliśmy z mężem, że nie można przy mamie rozmawiać o kimś chorym, bo bardzo to przeżywa. Reaguje silnie na wszelkie niewerbalne sygnały. Wcale nie jest tak zatopiona we własnym świecie, jak by się wydawało. Kupiłam mamie jajka plastikowe na Wielkanoc, każde w innym kolorze – zachwycała się, rzucała je, nasz pies je przynosił… Obecność Zosi uświadomiła wszystkim, jak wiele mamy przedmiotów. Chłopcy rozrzucali zabawki, buty, a Zosia wszystko zbierała i układała na stole.

Trzeba mieć świętą cierpliwość…
Tak, tak! (śmiech) Czasami jest bardzo śmiesznie. Ogromny fikus w donicy musieliśmy zlikwidować, bo był najchętniej przenoszony… ach, cóż to był za widok, Zosia, która ledwie idzie przez nasze małe mieszkanie, z fikusem w objęciach, większym od niej! Mama była kiedyś fizycznie niezwykle sprawna, aktywna, do pracy zawsze na piechotę, na okna przy myciu jak kozica skakała. Gdy zniknął fikus, nosiła ciężkie krzesła. Ale i ten okres minął.

Ta aktywność to powinien być kapitał, ułatwiający obecne życie.
Był! Dzięki temu chodziłyśmy po lesie kilometrami. To cofanie się jest takie namacalne i smutne: krócej, bliżej, rzadziej… ale może tak Zosi jest lepiej? Łatwiej dojedzie gdzieś na wózku. Łatwiej zje posiłek, gdy jest zmiksowany.

Skąd się wziął kapitan waszej wymyślonej łódeczki – A., jak Alzheimer?
Nie przypuszczałam, że kapitan A. tak się przyjmie! Pierwsza opowieść w internecie była o tym, że nasze życie to rejs. Ilustracje na stronę „Munus…” kupiliśmy w Fotolii. Zosia tak nie wygląda. Nie mogłam jej pokazać w internecie, świadomie nie umiałaby przecież wyrazić zgody. Siwa pani z tych zdjęć to już prawie członek rodziny! Piszą do mnie czytelnicy z Cafe Senior, która publikuje moje posty i ich komentarze. Piszą z Facebook’a. Wzięli go, jak swego. Szkoda, że mama o tym nie wie. W świecie realnym coraz więcej jej umyka. Ale jeszcze zbieramy reszteczki: czasem słowo, czasem wspomnienie. Cóż my wiemy o tym, co dzieje się w głowie chorego? Może tam niezwykle barwne, głębokie życie duchowe się toczy? Wiadomo, że synapsy się kruszą, łamią… ale przecież nikt dotąd nie zbadał duszy. Skąd wiadomo, gdzie ona jest, co się w niej dzieje?

Co będzie dalej ze stroną? Pomysł był taki, że – opiekować się chorym trzeba, ale my to zrobimy inaczej, „kreatywnie”?
Strona trochę przystopowała. Oboje z mężem jesteśmy bardzo zajęci, on utrzymuje dom, ja często nie mam zmiennika w opiece nad mamą. Ale do niej wrócimy. Mnie jako opiekunce brakowało tego, że nie mogę znaleźć kogoś, kto mi powie, co i jak mam robić? Chciałam mieć jakąś satysfakcję, widzieć pożytek. Żebym ja się rozwijała i żeby mama się rozwijała… nie mogę przecież tylko pielęgnować Zosi i przy niej siedzieć. Myślałam, że trzeba gdzieś, czegoś się nauczyć, aby być dobrą opiekunką. Ale nie było gdzie. Opieka jest chyba skoncentrowana na tym, żeby chorzy mieli ustalony tryb życia i byli bezpieczni. Z czasem wkracza rutyna. Opiekun idiocieje. Panuje też przekonanie, że opiekowanie się osobą starą i chorą… to dopust Boży. Ja nie myślałam nigdy: „Mama zajmowała się mną, to teraz ja się zajmę mamą”. To zbyt… prościutkie. Myślę, że w życiu coś się dostaje. Jakieś zadanie. Pytanie, co z tym dalej? W moim przypadku, ma się czasami dosyć. Koleżanki mówią: „Ty weź coś ze sobą zrób…”. Twierdzą, że „Mama jest chora i przez to cała rodzina jest chora”. No oczywiście, tak. W pewnym sensie. Ale ta chora osoba jest częścią rodziny! Chłopcy w tym się wychowali, wiedzą, że jest babcia, trzeba przyjść i z nią być, to oczywiste.

Alzheimer pomaga pani dobrze wychować dzieci.
Nie było z tym problemu. A ja się rozwijam na swój sposób. No bo gdybym tylko siedziała i patrzyła na Zosię… a ona kula piłeczkę przez godzinę (śmiech). Myślę, że jestem jak Robinson Crusoe, wyrzucony przez fale na bezludną wyspę. To jedna z moich ukochanych książek. On wykombinował sobie cały świat. I to jaki! Ja w to wierzę: jak ci ktoś nie dał, to sobie to stwórz. Zrób, posiej, posadź, upleć.

…zacznij pisać. Sprawia pani wrażenie osoby, której pisanie przychodzi z  łatwością.
O chorobie nie jest łatwo pisać. Zwłaszcza gdy nie ma dramatycznych zwrotów akcji, a przede wszystkim… perspektyw. W innych przypadkach myślimy, że bohaterka wyzdrowieje, zdarzy się cud, operacja będzie albo przyjedzie uzdrowiciel! U nas nie. Jak to opisać? Opowiadań przybywa, uzbierał się gruby zeszyt. Ja żadnej historii nie wymyślam, życie jest po prostu… warte zanotowania. Bardzo żałuję, że nie notowałam opowieści dziadka, gdy mówił o rodzinie. Dwie młode kobiety, z podkrakowskiej wioski, z małym dzieckiem, pojechały do Ameryki, był koniec XIX-go wieku. Dwukrotnie w ciągu czterech lat! Pradziadek, jak sądzę, znał Ala Capone. Po śmierci żony i starszej z dwóch córek, wrócił do Polski. Ożenił się ze szwagierką. Zabrał ją do USA, gdzie trwała prohibicja. Nowa żona, moja cioteczna prababcia, sprzedawała nielegalnie alkohol na tyłach zakładu rzemieślniczego męża. Przyjechała policja, aresztowali go. I umarł w Sing-Singu. Ona nie pojechała po ciało, więc pradziadek jest pochowany gdzieś pod murem więziennym. Miejsce, gdzie był zakład, kupiła fabryka Forda. Straszne pieniądze dostały córki z tego drugiego, fatalnego małżeństwa. Legenda krąży w rodzinie, że „te place w Chicago to są nasze”… (śmiech)

A pani zamiast kryminałów, pisze nocą o „kapitanie A.”!
Mama obok śpi i budzi się tak szczęśliwa… mówię: „Zosiu, jak ja ci zazdroszczę! Gdzie ty byłaś? Miałam zły dzień, a ty jesteś taka zadowolona!”. Kiedyś powiadała: – Wiesz, co ja widziałam? Piękne kolory… nie potrafię opowiedzieć I sobie myślę, że może ona tam w środku jest szczęśliwa?

Co jest najtrudniejsze w opiece nad mamą?
Rozdwojenie. Gdy jestem tu, myślę, jak sobie radzi rodzina – z początku chłopcy byli przecież mali. Gdy jestem z nimi, martwię się, co z mamą. Najtrudniejsze jest, kiedy się traci z dnia na dzień osobę, którą się znało. Czasami szłam do mamy i myślałam, że nie wejdę – nie dam rady. Miała wtedy taką… wzmożoną pomysłowość. Krótko, bo sama mieszkała tylko kilka miesięcy. Nie wiedziałam, co zastanę. Wyciągała np. wszystko z szafy. Wszystko! Szukała bluzki. Na pewno ukradli! Wbrew wszelkim poradnikowym mądrościom, żeby nie ciagnąć, tylko zmienić temat – próbowaliśmy z mężem być racjonalni. Marek mówił: Mamo, kto by ci bluzeczkę ukradł, jak? A Zosia: „Zrobili w ścianie otwór i wyciągnęli!”. Mąż pokazuje, że nie ma żadnego otworu… A mama na to, zła: „Ty swoje, a ja swoje!”. Byłam wtedy w ciąży, umarł teść, teściowa dostała udaru. Biegałam z brzuchem do mamy i do teściowej. Byłam przy niej, gdy zmarła, trzymałam za rękę. Takie bycie z kimś do końca to doświadczenie niebywałe, budujące. Wydawało mi się to wszystko… do podźwinięcia.

Jest dla pani coś „nie do podźwignięcia”? Nie chciała pani uciec?
Nie. Gdy teściowa była bardzo chora, zbliżyłyśmy się, w sposób naturalny i dobry. To jest coś wspaniałego! Dziś człowieka już nie ma, a tyle dużo dobrych uczuć zostało.

Nie jest łatwo być opiekunką przez 12 lat.
Nie zakładałam, że będę to robić tak długo, zwariowałabym, gdybym myślała o takiej perspektywie. Cieszę się, że Zosia jest, żyję z dnia na dzień. Mama się teraz bardzo męczy. Nie zdawałam sobie sprawy, że stan człowieka nie zależy od wieku czy sprawności mięśni, ale od mózgu. Przyczyną śmierci w chorobie Alzheimera często jest zaburzenie układu oddechowego, zapalenie płuc albo układu moczowego. Wydawałoby się, wystarczy podać antybiotyk – ale nic z tego, zły stan jest związany z tym, że mózg zapomniał, jak wszystkim sterować. Tego się boję. Ale trudno.

*
Jak, Zosieńka? – zagaduje Małgorzata. – Teraz Zosia się położy po obiedzie. Jeżeli pośpi, mam godzinę odpoczynku. Potem pochodzimy po mieszkaniu, może posiedzi na balkonie. Jest 16.00, zanim będzie 19.00, odbiorę ze sześć telefonów od moich chłopaków. Trzeba wyjść z psem, więc przyjdzie syn. I zaczniemy szykować się do snu. Zosia chodzi powoluteńku, pomału się przebieramy, kąpiemy. A potem śpimy. To znaczy ty śpisz, Zosiu. Ja sobie czytam, pracuję albo prasuję. Pani Janka przyjedzie za kilka dni, a ja wrócę do domu.

Munus – łaciński termin oznaczający długotrwały obowiązek, ale zarazem też zaszczyt i dar dla tego, kto go pełni.

TU znajdziecie cykl opowiadań Małgorzaty Chojnackiej „Tirli – tirli, czyli ja, Zosia i Alzheimer”.

Rozmawiała: Aldona Wiśniewska
Ilustracje: Anna Moderska, www.aniarysuje.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *