Jaskółczycha

  • 7 listopada 2013
  • 1 komentarz

 …czyli opowieść o bieszczadzkich duchach…

Z Tereską Buczyńską, wrocławską malarką, w dzieciństwie zwaną Renią, łączy nas wielka, późna przyjaźń, a poza nią – Bieszczady.
I nie ma znaczenia, że jest od nas starsza o prawie dwadzieścia lat. Uwielbiam słuchać, gdy zimą mówi, otrzepując buciki na progu domu: – Nie cierpię piasku, bo się go zawsze nanosi – ale trudno, wiem, że jest potrzebny dla starszych osób, co tutaj mieszkają… żeby się nie poślizgnęły…
Renia ma przeszło 60 lat, ale ona nigdy chyba nie będzie „starszą osobą“. Rozmawialiśmy o Bieszczadach i wtedy Renia wyciągnęła kasetę, nagraną wiele lat temu. Jej przyjacółka, Ewa, była wtedy bardzo chora, właściwie umierająca. Renia zabrała magnetofon, idąc do niej – bo chciała, żeby nie przepadła pewna historia…

Studenci na Tworylnem

Wyciągnęliśmy się z  Pawłem wygodnie na gościnnych łóżeczkach w mieszkaniu Reni i zaczęliśmy słuchać. Dosyć to było niesamowite: ten głos, osoby nieżyjącej od dawna, zza grobu. Ewa (nazwiska nie zapamiętałam) jako studentka znalazła się w grupie ochotników, którzy inwentaryzowali bieszczadzkie zabytki. Podobno trudno było w latach 60-tych znaleźć kogoś, kto zgodziłby się na dniówkę w wysokości 5 zł – a studenci latem godzili się chętnie, bo po Bieszczadach z radością chodziliby nawet za darmo. Ekipa osiadła tego lata na Tworylnem. W zupełnej głuszy, w najpiękniejszej, całkowicie bezludnej bieszczadzkiej dolinie. Dziś jest tam ścisły rezerwat, dojść można wyłącznie pieszo, dojechać konno. Po jedzenie, bardzo podstawowe, chodzili raz na trzy dni do chałupy we wsi Zatwarnica, gdzie gospodarz prowadził prymitywny sklepik. Chodzili tam na tyle często przez cale lato, ze każdy znał drogę na pamięć, przeszliby ją z zamkniętymi oczami. W dzień inwentaryzowali groby, krzyże i kapliczki, wieczorami siedzieli przy ognisku.

– „Chwycił się nas błąd“ – opisała to Ewa. – W Bieszczadach tak ludzie mówią, kiedy bez powodu ktoś zaczyna błądzić, krążyć, wraca ciągle w to samo miejsce. To było absurdalne”.

Któregoś dnia Ewa natknęła się w zaroślach na kolejny, nie opisany dotąd grób. Był jakby poza cmentarzem. Dziwny. Zachował się jeszcze drewniany krzyż, a na nim tabliczka z napisem: „Anna Jaskółczycha, 1948“. – A ty skąd się tu, u diabła, wzięłaś?! – wykrzyknęła dziewczyna. Zrobiła opis i szkic, zachodząc w głowę: skąd na Tworylnem takie, typowo polskie, nazwisko? I dlaczego grób jest jakby wyrzucony poza nawias? Skąd data – 1948, dobrze po wojnie? Kim była pochowana tam Anna? Próbowali rozwiązać zagadkę z kolegami, ale nikt niczego nie wymyślił, a pytać nie było kogo. W odległości paru kilometrów była na Tworylnem jeszcze tylko bacówka, a w niej baca i kilku juhasów, którzy przyjechali z Podhala na wypas. Nietutejsi. Ewa zakończyła rozważania i oświadczyła, że idzie po zakupy – herbatę, cukier, sól, chleb, co trzeba jeszcze? Nie wiadomo dlaczego, wywiązała się z tego sprzeczka. Często chodziła do wsi samotnie, tym razem chłopcy uparli się jednak, ze ktoś musi jej towarzyszyć. Ewa ich wyśmiała. Poszedł z nią w końcu jej chłopak, Olgierd. Zły, pokłócili się – prawie się do siebie nie odzywali.

Zjawa na cmentarzu

Zamierzali wrócić szybko, wiec Ewa nie wzięła latarki. Minęli cmentarzyk, na którym robiła szkice, powędrowali dobrze znaną ścieżką. Po godzinie okazało się, że nie wiedza, gdzie są. Po kolejnej godzinie – że wyszli na cmentarz…
„Chwycił się nas błąd“ – opisała to Ewa. – W Bieszczadach tak ludzie mówią, kiedy bez powodu ktoś zaczyna błądzić, krążyć, wraca ciągle w to samo miejsce. To było absurdalne. Krążyliśmy po lesie i nie byliśmy w stanie ani wyjść na drogę do Zatwarnicy, ani wrócić do obozu. Zaczęło się ściemniać… Nie mogli uwierzyć, że przytrafiło im się coś tak idiotycznego: zgubić drogę jak małe dzieci, w doskonale znanej okolicy! Było oczywiste, że z zakupów już nic nie będzie – wrócą do kolegów, którzy mają prawo być głodni i wściekli. Posprzeczali się znów.
– Wracamy! – zdecydował Olgierd. Jesienne dni są krótsze, wokół zrobiło się całkiem ciemno. Na niebie nie było księżyca ani gwiazd.
– Trzymajmy się cmentarza, to miejsce przynajmniej dobrze znamy – powiedziała Ewa. Ruszyła przodem i…
– …i wtedy zobaczyłam „zwidę“ – powiedział chrapliwy głos na taśmie. –  W ciemnościach świeciły oczy. Nie widziałam żadnej postaci, tylko te oczy: jasne, duże, złe. Olgierd chwycił mnie z tylu za rękę: „Ty też to widzisz?!“ – wiedziałam więc przynajmniej, ze mi się nie wydaje. Odwróciliśmy się i zaczęliśmy wiać. Niedługo to trwało: po kilkunastu krokach zapadłam się w błoto po uda. Olgierd, tuż za mną, też, ale na szczęście tylko po kolana. Zrozumieliśmy, że jakimś cudem zapchaliśmy się w bagno. „Potopimy się!“ – jęknęłam.

Błędne ścieżki

„Wołaj, krzycz, może nam pomogą“ – zdecydował Olgierd. Zaczęli wołać: „Pomocy, pomocy!”. Wydawało się to beznadziejne. Po paru minutach jednak gdzieś wysoko, daleko, zobaczyli światełko. Byli niedaleko bacówki, któryś z juhasów usłyszał krzyk i wyszedł z latarnia.
– Nie bójcie sie, idymy ku wom! – krzyknął.
– Nie tędy, tutaj bagno! – ostrzegli krzykiem. Górale dotarli do nich dość szybko, zabrali do bacówki. Olgierd został zaproszony do części szałasu, którą zajmował baca, Ewa musiała dzielić nocleg z juhasami. Przemoczona, trzęsąc się z zimna, udawała tylko, że śpi. Juhasów było pięciu i do rana czuła, jak raz po raz czyjeś ręce delikatnie przykrywają ją kolejną derką – żeby się rozgrzała.
– W życiu nie doświadczyłam większego dżentelmeństwa! – wspominała o tym ze śmiechem.
Rano okazało się, że bagno, w którym omal się nie potopili, to niemal kałuża – ma najwyżej trzy metry na dwa.
Spojrzeli po sobie. – Jaskółczycha, co? – mruknął Olgierd. Ewa przytaknęła. Nie rozmawiali o tym nigdy wiecej.
Renia wyszła od przyjaciółki, która żegnała ją jeszcze, stojąc u szczytu schodów. Na ulicy malarka zatrzymała się i obejrzała, mając świadomość, że zapewne widzi Ewę ostatni raz.
– Nie martw się o mnie – uśmiechnęła się jej przyjaciółka. – Ja się nie boje. Jestem bardzo, ale to bardzo, CIEKAWA…

Legendy i opowieści

– Ożesz, ale historia! – westchnęliśmy równocześnie. Dobrze się tego słucha, znając „geograficzne realia“ – Tworylne to dla nas magiczna dolina. Byłam tam tylko kilka razy i zawsze myślałam: to jest takie miejsce, gdzie chciałabym, żeby po śmierci mój duch unosił się przez jakiś czas. Boży, piękny kawałek świata. – Szkoda, ze nikt nie spisał historii o duchach bieszczadzkich, zasługują na to – powiedziałam. – Nie napisał, ale wiem, kto taką książkę napisze – uśmiechnęła się Renia. – Kto? – Ty…
Niestety, ktoś już napisał taką książkę, bardzo żałuję – mam ja nawet na półce… To „Księga legend i opowieści bieszczadzkich“ Andrzeja Potockiego. Ale fakt, opowieści o duchu Jaskółczychy ani o nawiedzonym domu w Dwerniczku tam nie ma. Jeszcze bym miała co robić. Ponieważ opowieść Ewy nie dawała mi spokoju, przez kilka dni prowadziłam – modne słowo – „dziennikarskie śledztwo“. Renia powiedziała jeszcze, że kiedy usłyszała tę opowieść, inna jej przyjaciółka, także malarka, wyrecytowała wiersz, Lechonia albo Leśmiana? Renia nie pamiętała wiersza, zapamiętała tylko wersy „…wokół noc cicha…“, „…świecą oczy…“‘ „i tylko Anna Jaskółczycha…“. Niesamowite, czyżby Lechoń (albo Leśmian) był na Tworylnem, w Bieszczadach? I co, przytrafiło mu się to samo, a może słyszał od kogoś podobną historię? Nie zgadzał się jednak timing: Lechoń (lub Leśmian) musiałby tam przyjechać w latach sześćdziesiątych, tymczasem pierwszy zmarł śmiercią samobójczą w roku 1956, a drugi jeszcze wcześniej, w 1937. – Nie ma co się głowić, zapytam, ona na pewno pamięta, czyj wiersz deklamowała – obiecała Renia. Ale póki co, szperajmy dalej. Przyjrzałam się wierszom Lechonia, ale wydało mi się, że to Leśmian chętniej pisał o zaświatach… Znalazłam wśród jego wierszy coś takiego:

Śmiercie

Chodzą Śmiercie po słonecznej stronie, trzymający się wzajem za dłonie.
Którą z naszej wybierzesz gromady, by w cmentarne uprowadzić sady?
Nie chciał pierwszej, że nazbyt miniasta, grób, gdy hardy, pokrzywą porasta.
Nie chciał drugiej, że nadmiernie złota, nie zna ciszy, kto się tak migota.
Wybrał trzecią, co choć bogulicha, lecz tak cicha, że wszystko nacicha.
Coś za jedna, że podobasz mi się w swym bożystym na ziemi zarysie?
Żal mi, przeżal ptaka, co odlata, dla cię umrę z nieżalu do świata.
Blada jesteś, jak to słońce w zimie – kędy dom twój i jak ci na imię?
Dom mój stoi na ziemi uboczu, a na imię nic nie mam, prócz oczu.
Nic w tych oczach nie mam, prócz wieczoru, pewna byłam twojego wyboru.
Jeden zowąd śmierć sobie wybiera, ale drugi tą śmiercią umiera.
Choć wybrałeś, nie wiedząc dla kogo, zawszeć będę pamiętną i drogą.
Jestem śmiercią twej matki, co w chacie uśmiechnięta czeka teraz na cię.

No kurczę żesz!! Jest noc cicha, są oczy, sady cmentarne„grób hardy, co pokrzywa zarasta”! Może malarka-przyjaciółka parafrazowała cytat? A może „cicha, bogulicha“ w pamieci Reni zapisala sie jako „Jaskółczycha“?

Szukam Jaskółczychy

Napisałam do przyjaciółki, która wychowała się w galicyjskim miasteczku na skraju gór – może coś wie? Był czas, ze łaziła po Bieszczadach, nawet jakiś czas w nich mieszkała. Odpisała: „Był jakiś samotny grób, kobiety, ale na Krywem. Chyba koło niego straszyło. Wiem, kto mógłby Ci powiedzieć więcej, ale on teraz mieszka za granicą… To wszystko“.
Wrzuciłam temat na forum zaprzyjaźnionego Studenckiego Klubu Górskiego, z którym schodziłam kiedyś Wysokie Tatry (Vysoke Tatry tez). Wielu jego członków jest przewodnikami, szkolą się między innymi w Bieszczadach. Post przeczytało prawie 130 osób, odezwały sie cztery.
Niejaki El Commandante napisał: „Polecam zajrzeć do mojej „bieszczadzkiej Biblii”, może tam coś będzie: M. Augustyn i inni, „Bieszczady – słownik historyczno-krajoznawczy gminy Lutowiska”. A Marta napisała: „O ile pamiętam, i na Tworylnem i na Krywem są różne nagrobki… ale bagna na Tworylnem nie ma na pewno. Dobrze byłoby pojechać na wizję lokalną, jak śnieg stopnieje. Śliczna historia!”.
Cóż, mam nadzieję, że koledzy kopną się wiosną na wizję lokalną – sama chętnie bym pojechała. A bagienko, jak mówiła Ewa – istniało, tyle że malutkie. To „zwida” ich w nie wpędziła, sami mogliby nigdy nie trafić w błoto… [teraz zresztą o bagno będzie na Tworylnem łatwiej – nadleśniczy Zając osadził w dolinie bobry. Mają się dobrze i już zaczęły budować tamy, zwiększając okoliczną dzikość].

Kobieta z cmentarza

Wspomnianą „Biblię bieszczadzką”, dwutomową, i ja posiadam – nurknęłam więc do biblii. Nazwiska ”Anna Jaskółczycha” w indeksie nazwisk nie znalazłam. Była jednak… JASKÓŁKA KATARZYNA.
Otworzyłam książkę na odpowiedniej stronie, a tam… grób. Nawet dwa groby. Na Krywem, koło Zatwarnicy. I informacja, że zachował się częściowo stary cmentarz, a na nim około siedmiu mogił. Jedna jest opisana jako „duża mogiła, na niej fragment żeliwnego krzyża z tabliczką: „S.P. Katarzyna Jaskółka ur. w 1899 r. zm. w 1945 r. Pokój jej duszy”.
Zrobiło się jak w anegdocie: nie szwedzki, tylko radziecki, nie pornograficzny, tylko panoramiczny, nie „Baba na żołnierzu”, tylko “Ballada o żołnierzu”… Cóż, bywa. Rzecz się działa czterdzieści lat temu. Ewa opowiedziała o tym Reni, lekko licząc, dwadzieścia lat później. Szczegóły zacierają się w ludzkiej pamięci, mylą nazwy, krzyż drewniany okazuje się krzyżem żeliwnym, a nazwisko jest prawie takie, jak było, ale nie do końca. W każdym razie, bawiłam się świetnie, próbując ustalić, kim była Jaskółczycha. Podoba mi się, że nie wiem wszystkiego. Będę miała szansę pojechać, popytać…
– Nie należy wymawiać imienia Złego, a już na pewno nie we własnym domu! – przestrzegła nas Renia.
Ona uważa, ze Ewa sama napytała sobie biedy, zakląwszy szpetnie na cmentarzu… Czy nie tłumaczono nam tego w licznych bajkach, że nie wolno? Może ta „zwida” to wcale nie była ona, Jaskółczycha… Może to „złe” wodziło studentów na manowce, co, jak wiadomo z bajek, ma w zwyczaju?

Epilog

A że w Bieszczadach są Biesy i Czady, to pewne. Sama wysłuchałam opowieści o duchu w nawiedzonym domu nie dalej, jak tego lata. Gospodyni w Smolniku, zapytana, potwierdziła wszystkie wcześniej słyszane historie – sfotografowałam nawet „nawiedzone krzesło”, w którym od lat, tajemniczym sposobem, jedna z nóg wykręca się w przeciwnym kierunku niż skierowana jest reszta! Krzesła w żaden sposób nie daje się naprawić. Mądra jest Renia, ze utrwaliła przygodę Ewy, a ja też powinnam jeździć w Bieszczady z magnetofonem. Ludzie tak łatwo odchodzą, a opowieści razem z nimi.
– Wyśpijcie się dobrze, dobranoc – pożegnała nas w gościnnym pokoiku gospodyni. – Nie chcę was straszyć, dlatego dopiero rano wam opowiem o Czerwonej Dziewczynce.
(c.d.n.)

Galeria zdjęć

1 komentarz

  • justyna be pisze:

    To jest historia! Natychmiast miałabym ochotę odszukać grób Jaskółczychy… i jeszcze ten smuteczek w osobie dawno nieżyjącej przyjaciółki. Jak widać, opowieści nas unieśmiertelniają, nawet te z ust do ust…
    Fajny tekst!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *