Bocian Anity

Bocian Anity

  • 1 października 2014
  • 4 komentarze

Anita jest młoda, piękna, wykształcona, ma cudownego męża, wymarzony dom i pracę. Tylko jednego jej brak. Czegoś, bez czego nie potrafi żyć. Od siedmiu lat robi wszystko, by urodzić. Bezskutecznie…

To jest problem, którego na dłuższą metę nie da się ukryć. Rodzina
i znajomi szybko się domyślają.
Mam 35 lat, mężatką jestem od siedmiu. A dzieci nie mamy. Jesteśmy taką zwariowaną parą: lubimy ludzi, urządzamy przyjęcia, z parkietu schodzimy ostatni. Często sami zachowujemy się jak dzieciaki! Poznaliśmy się na potańcówce. Kiedy wychodziłam za Pawła, mama spytała, dlaczego właśnie on? Powiedziałam, że między innymi dlatego, że tak bardzo kocha dzieci. My od razu chcieliśmy mieć dziecko. Pod kątem potomstwa jednak… nic się u nas nie dzieje (płacz). W pierwszym roku małżeństwa kupiłam maskotkę. Bociana. Chciałam go dać Pawłowi i powiedzieć, że zostanie tatą. Ale w końcu rzuciłam tego bociana w kąt szafy. Gdy robię porządki, patrzę na niego i robi mi się tak przykro… Ja mam brata, Paweł – piątkę rodzeństwa. Lubimy, gdy rodzina schodzi się razem i jest nas pełen dom! U nich kolejno rodzą się dzieci, a u nas… Usilnie wszystkich utwierdzam w przekonaniu, że niczym się nie przejmuję i jestem szczęśliwa… Ale czasami to trudne.

Niech ci się spełni to najważniejsze w twoim życiu marzenie!”. Wkrótce mam urodziny. Znowu to usłyszę. Odpowiem, jak od lat: „Dziękuję, niech się spełni – a na razie cieszmy się, że jesteśmy zdrowi i razem”. Dobroć ludzka bywa taka… udręczająca. Tylko z brat mnie rozumie bez słów. Czasem dostaję od niego sms, że nogi miękną: „Sis, wszystko dobrze będzie” (płacz). Na początku, gdy ciotki nam powtarzały: „Nie czekajcie! Któreś z was nie chce mieć dzieci?” – starałam się być spokojna. I szczera. Tak, oboje pragniemy dziecka. Jeśli Bóg nam je da, będziemy szczęśliwi. Aż kiedyś się rozpłakałam. Pewnie po nieudanym zabiegu… czasem marzę, żeby już nigdy „o tym” z nikim nie rozmawiać. Najdelikatniej podjął temat mój dziadek, gdy już odchodził. Powiedział, żebym nic na siłę nie robiła – bo widzi, jak chudnę, jakie mam smutne oczy. Patrzy na nas, wie, że bardzo się z Pawłem kochamy, jego zdaniem powinniśmy żyć tą miłością! Wcześniej nie mówił na ten temat ani słowa. Odważył się dopiero na pożegnanie.

Nigdy nie zapytałam, czy on chce być ojcem – czy tylko walczy o to ojcostwo dla mnie? Pewnie zazdrości kolegom, którym żony urodziły dzieci? Czy ma poczucie jakiejś własnej winy?

Leczenie niepłodności tak obciąża organizm, że niemal cię zabija. Najgorsze są hormony. Czułam się po nich zmieniona. Chwiejność nastrojów. Brak snu. Dziwne odczucia fizyczne, omamy wzrokowe. Poczucie, że człowiek nie jest sobą. Zastrzyki trzeba brać dwa razy dziennie i najlepiej nauczyć się załatwiać to samemu. Igłę wbijamy pod skórę, w brzuch. Najtrudniej jest w pracy. Pracuję w urzędzie gminy, mam wielu interesantów. Oczekują, że będę kompetentna i szybka – a ja nagle mówię „Przepraszam” i wymykam się do toalety, by zrobić zastrzyk, po którym często dziwnie się czuję. Powinnam dzwonić do lekarza, ale nie mogę przy ludziach. Wracam do biurka i uśmiech mam nieco wymuszony, bo w środku boli… Specjaliści, osobny temat: odbieram wyniki badań, są bardzo złe – według nich, nie mam szans na dziecko. Instynkt mi mówi, że one nie są moje, że to pomyłka! Powtarzam badanie na własny koszt… wyniki są dobre. Nikt nie poczuwa się do odpowiedzialności, nie przeprosi. Konsultacja u znanego profesora. Nawet mnie nie zbadał. Spojrzał na pierwszą stronę dokumentacji, powiedział: „Widzę, że ma już pani swojego lekarza w klinice. On wie, co robić. Do widzenia”. Nie byłam dość silna, by wrócić i zażądać zwrotu pieniędzy – no bo za co ja mu zapłaciłam? Kuracja jest bardzo kosztowna. 150 zł – wizyta u lekarza, a może ich być nawet siedem w miesiącu. 200-800 zł – komplety badań, które trzeba powtarzać. Ogromne sumy. Bliscy czasami podsuwają jakieś pieniądze… nie kupuję ciuchów, butów, zawsze je przeliczam na leki i dalszą terapię. Znam pary, które rezygnują z walki o dziecko, bo ich nie stać! Przychodzi moment, że nie ma się siły na nic. Nie chcesz wstać, ubrać się ani umalować. Dzwonię do pracy, że nie przyjdę, bo jestem chora… a potem znikam pod kołdrą.

Szczęśliwi rodzice nie wiedzą, jak się wobec takich jak my zachowywać. Z życzliwości polecają rozmaitych specjalistów. Gdybyśmy chcieli korzystać z każdej rady, nie zajmowalibyśmy się już niczym innym. Trzymamy się jednego lekarza, ale ci dobrzy ludzie pytają potem, czy byliśmy? Czy dzwoniliśmy do kogoś, kogo polecali? Chciałabym powiedzieć wam wszystkim, którzy mnie lubicie czy kochacie: nie poruszajcie tego tematu, jeśli sama nie zaczynam mówić! To wrażliwe, obolałe miejsce. W najlepszej wierze możecie mnie bardzo zranić. Czasami z całych sił koncentruję się na tym, by przy was nie płakać. Paweł proponuje: „Mów wszystkim, że to moja wina! Że nie chcę mieć dzieci”. Jest kochany, bardzo mnie wspiera. Ukrywa własne uczucia, żeby mi nie dokładać ciężaru. Sama nie wiem, jak to z nim jest? Czy dla męża fakt, że nie możemy mieć dziecka, jest takim samym problemem, jak dla mnie? Gdy rozmawiamy, słyszę, że przecież nie wszyscy muszą mieć dzieci, że się kochamy, damy sobie radę we dwoje…

Bocian Anity

Nie potrafimy z mężem szczerze, do końca, rozmawiać o naszych uczuciach. Najważniejszych rzeczy, z głębi serca, myśmy sobie z Pawłem nie powiedzieli. Nigdy nie zapytałam, czy on chce być ojcem – czy tylko walczy o to ojcostwo dla mnie? Pewnie zazdrości kolegom, których żony urodziły? Czy ma poczucie jakiejś własnej winy? Nie umiem zadać wielu pytań, a chciałabym znać odpowiedzi. Nie potrafię też mówić o sobie. My cały czas próbujemy począć dziecko „naturalnie”. Najpierw były próby w dni płodne, potem – inseminacje w klinice. Przeszliśmy ich osiem. Koszt jednej: 800 złotych. Te przychodnie, gdzie czekają pary… on znika w „czerwonym pokoiku” z odpowiednimi pisemkami, a potem wychodzi i wszyscy dokładnie wiedzą, co robił… Widziałam kobiety, które wchodzą do środka z mężami. Ja nigdy nie weszłam. Dla Pawła chyba inseminacje były najgorsze. Dla mnie 30 wizyt u ginekologa to już nic. Znam wszystkich w mieście. Doradzam dziewczynom, gdy chcą, by kogoś polecić. Coraz częściej też dzwonią znajomi znajomych: „Mamy taki sam problem, pomóż, do kogo iść?”. Oko mi się wyczula na osoby w moim wieku, które nie mają dzieci. Znam ich wiele.

Drogę przez mękę” niepłodnej pary można podzielić na trzy etapy. Najpierw jest lekki niepokój. Zaczynamy, oczywiście, od dbania o siebie. Zdrowe odżywianie, unikanie stresu! My zbadaliśmy się oboje. Przyczyna bezpłodności jest nieznana. Okazuje się, że bardzo wiele młodych par odchodzi od lekarzy z kwitkiem, po prostu nie daje się określić przyczyny! Ja nigdy nie usłyszałam, że nic z tego, więc wciąż mam dużo nadziei… Drugi etap to leczenie. Długo trwa, bardzo ciąży na wzajemnych relacjach. Na pierwszy rzut oka zupełnie nie jestem nerwowa, jednak gdy mowa o tej jednej sprawie – tonę we łzach. Potem przychodzi trzeci etap: zniechęcenie. Dwa etapy mamy za sobą, zaskoczenie, że się nie udaje, i leczenie. Nigdy nie byłam w ciąży, ani przez chwilę. Na obecnym etapie, trzecim, mam wrażenie, że… instynkt macierzyński z czasem się wypala.

Kiedy kobieta traci nadzieję? Jedne poddają się po roku, inne zaciskają zęby i walczą do końca. To staje się dla organizmu i psychiki takim obciążeniem, że nie wiem, czy można się tym „wymęczonym” dzieckiem w końcu cieszyć? Czy wystarcza sił, by je wychować? Znam dziewczynę, która po latach kuracji zaszła w ciążę. Mówi, że ma tak wyniszczony lekami żołądek i jest tak zmęczona, że nie wie, czy jest szczęśliwa. Ja to znam. Trudności ze snem, nerwobóle – głowa boli, kręgosłup. Trzeba być bardzo silnym. Kiedy kończę kurację, ciało się uspokaja i nic nie boli. Może to straszne, co powiem, ale cieszę się, że nie jestem z tym sama, że znam wiele podobnych osób! Siedem par spośród nas już ma dzieci. A skoro jest ich aż siedem w najbliższym mi gronie, to przecież musi znaczyć, że jest nadzieja…?

Jedyny plus: możemy się kochać, ile chcemy, bez zabezpieczenia! Czasem jednak oboje nie mamy siły na nic, a tu kochać się trzeba, mam dni płodne, lekarz kazał! To trudne. Dopóki nie walczyliśmy o dziecko, tylko cieszyliśmy się sobą, nasza bliskość, seks – wszystko układało się bardzo fajnie. Chce mi się męża nadal uwodzić, podrywać. On bardzo lubi, gdy podam jakieś danie z serduszkiem, lubi mnie elegancką i zadbaną. Ale pojawiają się lęki. Czy mój ukochany któregoś dnia nie oznajmi, że… odchodzi, bo ma dziecko z inną…? Co cementuje małżeństwo? Czy ono może przetrwać bez dziecka? Kiedyś często płakałam. Czułam się bezwartościowa, stara. Mąż pytał, bo wyczuł mokrą poduszkę – a ja kłamałam, że coś mi w oko wpadło. Kiedy się ciągle płacze i dołuje, facet może nie wytrzymać. Ostatnio zrobiliśmy przerwę od lekarzy, bo już nie byliśmy w stanie tego dłużej znieść. Paweł powiedział: „Skończmy z tym, ja mam dosyć! Chodzisz zakręcona – chcę powrotu mojej dawnej, wesołej żony!”. Poczułam się, jakby mi ktoś zdjął kamień z pleców. Fajnie się zrobiło! Postanowiłam, że przestanę się zadręczać, nauczę się cieszyć życiem!

Na in vitro od dawna zbieram pieniądze, bo to wydatek rzędu kilkunastu tysięcy złotych. I ciągle wyskakuje coś nieprzewidzianego, np. samochód się zepsuje, moje oszczędności topnieją. Od lipca 2013 r. państwo ma częściowo finansować zabieg, pokryje jednak tylko część kosztów. Ja muszę dostać się do programu! Po wszystkim, co przeszłam, nie darowałabym sobie, gdybym nie spróbowała. Lekarz mówi, że mamy szansę. Czasami nie czuję się kobietą – bo nie mogę być matką. Jestem głęboko wierząca, modlę się o to dziecko… a Bóg mi go nie daje (płacz). Czy to kara? Czym zawiniłam? Liczę się z wolą Boga, ale nie rozumiem stanowiska Episkopatu. Nie powinni tego nikomu zabraniać! In vitro jest naszą ostatnią szansą – i nie uważam go za grzech. Nie wyspowiadam się z tego. Mam powracający sen: trzymam na ręku dziecko i wiem, że jest moje. Jest taki wyraźny. Gdzieś ta istotka tylko czeka, by przybyć do nas. Budzę się pewna, że tak się stanie. Bocian z szafy niech idzie precz! Urodzę córeczkę, a gdy już będę w ciąży… wymyślę dla męża jakiś inny prezent.

Anita i Paweł dostali się do rządowego programu, finansującego częściowo in vitro. Nie tracą nadziei na wymarzone dziecko.

Fakty i liczby

*  W lipcu 2013 r. ruszył państwowy program dofinansowania leczenia bezpłodności. Wielu par nie stać na zabieg in vitro. Jedna próba zapłodnienia tą metodą to koszt 8-10 tys. złotych. Państwo dofinansuje maksymalnie trzy próby. Do 40 proc. kosztów przyszli rodzice muszą pokryć sami.

* W Polsce niemal 1,5 miliona par boryka się z bezpłodnością. Do końca 2013 r. z dofinansowania powinno skorzystać ok. 2 tys. z nich. W ciągu trzech lat – w sumie ok. 15 tysięcy.

* Zabiegi in vitro wykonuje w Polsce 50 klinik. Nie ma rejestru osób, które dotąd skorzystały z tej metody.

* Polska i Litwa to jedyne kraje UE, które nie mają refundacji in vitro. W awangardzie znalazł się za to samorząd Częstochowy, który chce pomagać finansowo mieszkańcom miasta, walczącym o dziecko. Zgłosiło się 36 par.

* W Danii, gdzie zabiegów in vitro wykonuje się najwięcej w Europie, „szklane dzieci” to już kilka procent wszystkich urodzeń. W USA w 2012 r. padł rekord: dzięki in vitro urodziły się 62 tys. dzieci. To już ponad 1,5 proc. wszystkich narodzin w Stanach.

*  Do lipca 2014 r. w Polsce dzięki rządowemu programowi wspierania zabiegów in vitro urodziło się 214 dzieci. Ponad 2,5 tysiąca kobiet zaszło w ciążę. Leczy się prawie 9 tys. par.

Rys. Anna Moderska www.aniarysuje.com
[Tekst na podstawie zwierzeń czytelniczki GRAZII; GRAZIA nr. 10/2013]
Bocian Anity

4 komentarze

  • Marek pisze:

    To bardzo ciężka sytuacja i próba dla związku. Szczególnie, że wbrew pozorom adopcja dziecka to bardzo długi i skomplikowany proces, który często kończy się niepowodzeniem.

    • Aldona Wiśniewska pisze:

      To prawda. Ale moi bohaterowie nie planują adopcji… Jeszcze się nie poddali. Nadal walczą o własne dziecko. Pozdrawiam!

  • Gosia pisze:

    Fajna reklama dla in vitro. Współczuję właścicielce, która chce ‚posiadać’ dziecko.
    Czy każde małżeństwo, musi mieć dzieci? Czy ZA WSZELKĄ CENĘ, musimy posiadać?
    Polska jest inna, to zdrowy kraj z ludzkimi zasadami. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było in vitro i bezpłodne pary potrafiły żyć w miłości. A teraz?

    • Aldona Wiśniewska pisze:

      Gosia – a potrafiłabyś zapłakanej dziewczynie, która marzy o własnym dziecku, powiedzieć jak minister Radziwiłł: „Sorry, pai już dziękujemy! Program, którym jest pani objęta,kończy żywot w połowie przyszłego roku – dwa i pół roku przed czasem!”? Minister, który sam dzieci ma ośmioro, widocznie nie uważa ich za Boże błogosławieństwo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *